PUBLICYSTYKA

Przeklęte słowo „suwerenność”

Odwracanie znaczeń jest w polityce praktyką znaną i powszechnie stosowaną. Historia zna liczne przypadki wykorzystywania pojęć niosących pozytywne treści do celów przeciwstawnych. Przykładem synonimiczna już „walka o pokój”, będąca retorycznym parawanem dla agresywnej polityki Stalina, opartej na ideologicznym imperializmie.

Tym, czym dla komunistów była „walka o pokój”, tym dla PiS jest dziś „suwerenność”. Pojęciem odwołującym się do najgłębszych pokładów zbiorowej świadomości narodu po traumatycznych historycznych przejściach. Ciepło kojarzonym z racji zakorzenionego nad Wisłą poczucia odrębności i unikalności – wynikających z położenia kraju zawieszonego między Wschodem i Zachodem, a więc niepewnego prawdziwych źródeł swej tożsamości i chętnie ulegającego złudzeniom. W ciągu ostatnich trzech wieków przywilej decydowania o własnym losie był dany tylko wybranym pokoleniom, i to zazwyczaj ledwie epizodycznie. Nietrudno więc manipulować dziś tą wartością i wykorzystywać ją do populistycznej mobilizacji w imię… No właśnie, czego?

Nie akceptuję lansowanego przez opozycję hasła „Kaczyński chce nas wyprowadzić z Unii”. Bo wcale nie chce. PiS realnie bije się jedynie o zakonserwowanie UE w obecnym kształcie. I pewnie można wskazać szereg argumentów dowodzących zbieżności takiej polityki z naszymi interesami. Tyle, że są one funta kłaków warte, bo – jak wiele wskazuje – ta polityka skazana jest na klęskę. Europejskie centrum tak czy inaczej zacznie się ściślej integrować. Bo inaczej nie da się opanować obecnego rozmamłania, które zniechęca europejskie społeczeństwa do jakichkolwiek wspólnotowych działań. Bo wraz z Brexitem odpływa główny hamulcowy głębszej integracji. Bo strefa euro to teraz 85 procent unijnego PKB. A że dziś nie ma jeszcze konkretów integracyjnych, co podnosi w rozmowie z „Kulturą Liberalną” Marek Magierowski? Znajdą się bez trudu, gdy tylko wola polityczna osiągnie odpowiedni poziom. A może druga prędkość – jak niedawno dowodził z kolei Piotr Semka – jest tylko wybiegiem Merkel i Hollande’a markującym ich wewnętrzne problemy? Pewnie jest w tym sporo racji. Jednak wielce prawdopodobny sukces Macrona we Francji natychmiast odmieni dynamikę i logika zmęczenia szybko ustąpi miejsca logice entuzjazmu. A jeśli w Niemczech na czele rządu stanie socjaldemokrata Schultz, to powstanie tandem niezgranych jeszcze przywódców, obdarzonych sporym kapitałem zaufania. Dla Europy nowej prędkości to będzie jak turbodoładowanie.

Logika zwykle podpowiada, że rozpędzonego pociągu nie warto zatrzymywać. Lepiej już po prostu do niego wskoczyć. Dla Polski wiąże się to oczywiście z kilkoma ryzykami, nic wszakże – a przynajmniej ja nic o tym nie wiem – otwarcie nie podważyło założenia o zasadniczej wspólnocie naszych interesów z interesami krajów Zachodniej Europy, które poczyniliśmy 14 lat temu w unijnym referendum. Przybyło wręcz powodów, aby się do Europy przywrzeć jeszcze szczelniej: utrzymujący się brak stabilności ekonomicznej, Rosja i znaki zapytania towarzyszące nowej polityce amerykańskiej. Nieszczęsny problem uchodźców? Gdzie indziej oczywiście fundamentalny, lecz u nas absolutnie marginalny, będący jedynie źródłem irracjonalnych lęków podsycanych przez prawicę. Tych potencjalnych kilka – kilkanaście tysięcy przybyszów z Bliskiego Wschodu mało kto by w ogóle zauważył.

Polska nie ma więc alternatywy dla Europy – ani obecnej, ani takiej, jaka za chwilę będzie. I PiS – sądząc po deklaracjach – zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Choć zapowiadając totalną blokadę wysiłków integracyjnych przeczy sam sobie. Niemców i Francuzów nasze orły rzecz jasna nie zatrzymają, co do tego nikt nie ma złudzeń. Po cóż więc PiS ta wojna? Jak zwykle po to, aby wygrać konfrontację wewnętrzną. Polsko-polską. Linia podziału rysuje się już teraz wyraźnie: „suwerenni Polacy” versus „Europejczycy”. Pierwsi uzbrojeni w polityczne i historyczne emocje oraz poręczny zestaw antyniemieckich resentymentów. Drudzy zamknięci w ciasnym realizmie. Rezultat tego starcia w naszej absurdalnie rozemocjonowanej polityce łatwy więc do przewidzenia. Efekt? Zduszenie szerokiego, choć płytkiego konsensusu europejskiego w polskim społeczeństwie. I ostateczny triumf logiki „suwerenności”.

Tyle, że na końcu drogi owa zakłamana pisowska „suwerenność” nieuchronnie zaprowadzi nas wprost do głębokiej podległości. Warto więc już teraz przypominać definicję silnego państwa autorstwa przedwojennego francuskiego konserwatysty Jacquesa Bainville’a (spopularyzowaną u nas przez Cata-Mackiewicza). Mawiał on, że silne państwo to takie, które ma słabych sąsiadów. I na odwrót: jeśli sąsiedzi górują, to nawet państwo obiektywnie zasobne jest państwem słabym. I tak się składa, że w Europie na przestrzeni jej dziejów ta zasada przeważnie się sprawdzała. Dopiero Unia Europejska okazała się sposobem na jej przezwyciężenie. Lepiej więc ulegać perswazjom Niemiec w realiach wspólnoty takiej czy innej prędkości, czy też zgrywać suwerennego chojraka mając po lewej zintegrowane europejskie jądro, a po prawej Putina? Dla mnie jest to pytanie retoryczne, choć w ogólnym pomieszaniu pojęć bywa z tym różnie. Odpowiedź pozostawiam więc czytelnikowi.

Rafał Kalukin


error: Zawartość jest chroniona!!