KONDYCJA POLSKICH MEDIÓW – Amelia Łukasiak: Media zmierzają w kierunku przemieszania informacji z komentarzem – widz nie wie co jest co.
W ramach “WIELOGŁOSU CENTRUM” o kondycji polskich mediów rozmawiam z Amelią Łukasiak, współwłaścicielką firmy producenckiej amacom.tv, byłym prezesem Telewizji Puls, szefową programów informacyjnych Telewizji Puls, byłym zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolita”.
Marek Bielecki: Mamy rok 89. Czy Pani zdaniem zmiany jakie w wyniku transformacji nastąpiły w TVP i Polskim Radiu sprawiły, że media publiczne stały się wolne? Czy ta sytuacja uległa zmianie w późniejszych latach?
Amelia Łukasiak: Do 1993 radio i telewizja były w strukturze Radiokomitetu a więc instytucji na wprost rządowej o korzeniach propagandowych. Przewodniczący Radiokomitetu to było stanowisko równorzędne z ministrem. Po 89 roku zmienił się ustrój, przestał istnieć PRL ale premier nadal mianował prezesa telewizji. Musiał to być nadal zaufany człowiek władzy. Premier Tadeusz Mazowiecki mianował na tę funkcję Andrzeja Drawicza, mimo że ten z mediami wcześniej nie miał nic do czynienia. Dlaczego? Bo miał do niego zaufanie. Drawicz zatrudniał kolejnych zaufanych premiera.Andrzej Bober, znany telewizyjny dziennikarz, przytacza często swoją rozmowę z Andrzejem Drawiczem który najpierw zaproponował mu funkcję wiceprezesa a potem się z tego wycofał. Oto jego relacja za artykułem w tygodnika Angora nr.45: „Czy mówi coś panu nazwisko Dworak…? – Kompletnie nic. A z jakiej branży? – Bo wie pan, dzwonił Tadeusz (Mazowiecki), z którym ten Dworak spał wspólnie na styropianie. I Tadeusz chciałby, by Dworak był u mnie wiceprezesem… Sam pan rozumie, trudno odmówić premierowi… „ Myślę, że każdy następny premier po Mazowieckim przez ponad 25 lat III RP miał ambicję, aby mianować swojego prezesa radia i telewizji. Jednym to się bardziej udawało innym mniej ale wszyscy chcieli dążyli do posiadania bezpośredniego przełożenia na media publiczne traktując je jako przedłużenie rządu.
M.B:Jak Pani ocenia funkcjonowanie mediów publicznych w Polsce?
A.Ł: To jest kontynuacja pytania pierwszego. Moim zdaniem my się nigdy nie dorobiliśmy jako takich mediów publicznych czyli mediów funkcjonujących na zasadzie kontraktu ze społeczeństwem. My dziennikarze przedstawiamy – zgodnie swoją najlepszą wiedzą- rzetelny, obraz kraju i świata, a wy obywatele „ płacicie” za ten luksus dostępu do wiarygodnej informacji – abonamentem lub inną opłatą audiowizualną.
M.B:Czy jest Pani zwolenniczką kategorycznego oddzielenia informacji od komentarza? Jeśli tak to dlaczego? Czy Pani zdanie w tej sprawie ewoluowało?
A.ŁTak, jestem zwolenniczką takiego rozróżnienia ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że dziś definicja informacji jest szersza niż kiedyś. W czasach przed szerokopasmowym internetem, informacja docierała do odbiorcy z opóźnieniem większym lub mniejszym ale zawsze za pośrednictwem mediów. Dziś widz większość wydarzeń śledzi na żywo w internecie, w tym samym czasie w którym się one dzieją. Informacją nie jest zatem samo wydarzenie, ale wiedza na temat wydarzenia: dlaczego do tego doszło, kto za tym stoi. Media muszą pracować znacznie szybciej, aby sprostać oczekiwaniom odbiorców. Muszą przetwarzać znacznie więcej danych niż kiedyś. Jeśli chce się dostarczać dobre, wiarygodne treści, wymaga to bardzo dobrego warsztatu, technologii i współpracy wielu osób jednocześnie. W tym pędzie kluczowe jest jeszcze staranniejsze trzymanie się zasad etyki zawodowej bo łatwo zmanipulować odbiorcę.
M.B:Czy byłaby Pani skłonna zmienić swoje podejście w tej sprawie jeśli tak chciałaby większość widzów TVP?
A.Ł: To nie jest kwestia podejścia ale przestrzegania zasad i dbałości o dobrostan odbiorcy, widza. Nie sądzę, żeby widzowie, zamiast rzeczywistej informacji wpływającej na podejmowanie przez nich życiowych decyzji, chcieli dostawać zawoalowany przekaz PR-owy, udający informację. Moim zdaniem widz oczekuje po prostu aby media pomagały rozumieć mu otaczającą rzeczywistość. Zaufanie jest tu kluczowe. W dobie internetu, kiedy paleta wiedzy znacznie się poszerzyła, najważniejsza staje się wiarygodność. Przekonanie widza, że medium które ogląda zrobiło wszystko, żeby dostarczyć mu wiarygodnych informacji co się dzieje i podzielić się wnioskami.
M.B:Czy są w Polsce media, które nie stosują się do zasady oddzielenia informacji od komentarza? Nazwałaby Pani taki zabieg publicystyką informacyjną? Z czego to wynika?
A.Ł:Publicystyka informacyjna wcale nie musi oznaczać manipulacji. Myślę, że ma pan raczej na myśli przemieszanie informacji z komentarzem w taki sposób, że widz nie wie co jest co. I media zmierzają coraz bardziej w tym kierunku. Często dlatego, że same nie są w stanie – z powodów finansowych – sprawdzić faktów, a mają oczekiwania ze strony właściciela, żeby je podawać. Najlepszym przykładem tych „wariacji na temat” są tabloidy oraz popularne portale. Oddzielać informację od komentarza stara się wciąż PAP. Nie przestrzegają tego już kompletnie tygodniki opinii bo nie konkurują na newsy ale na opinie. Informacja jest dla nich pretekstem do wyrażania opinii. Przez 6 lat pracowałam w Newsweeku – w pierwszym etapie jego istnienia, do 2006 roku. Wtedy to był tygodnik, który na newsy „ścigał się” z gazetami codziennymi. Dziś tygodniki nie mają takich ambicji, bo nie będą się ścigać z internetem.
M.B: Jaki jest Pani podejście do tzw. Infotainmentu?
A.Ł: To rzeczywistość, która nas otacza. Infotainment jest w natarciu. Bardzo często zastępuje informację, publicystykę i kulturę, podszywa się pod nią. Jest to widoczne szczególnie w krajach naszego regionu, gdzie zaciera się różnica między tabloidami a gazetami poważnymi. Widz to kupuje, bo nawet nie zdaje sobie sprawy, że ma do czynienia z treściami marketingowymi a nie dziennikarskimi. Ludzie chcą to oglądać bo szybko, prosto i kolorowo. Wyrobiony widz to dostrzega, ale jest w zdecydowanej mniejszości. On coraz częściej korzysta z niszowych periodyków i portali.
M.B: Być może zasady, których Pani się uczyła dziś ewoluowały i nie jest potrzebne ich kategoryczne przestrzeganie? Widzowie również oddziałują na media. Co w przypadku gdyby zaakceptowali taki odbiór informacji?
A.Ł:W stosunku do tego co było jeszcze nawet 10 lat temu, sytuacja diametralnie się zmieniła. Zniknął podział na zawody medialne i niemedialne. Dziś każdy człowiek i firma jest medium i poniekąd może spełniać się medialnie. Powstało nawet określenie na coś takiego: dziennikarstwo obywatelskie. Mamy wysyp najróżniejszych portali prowadzonych przez indywidualne osoby (blogerzy, vlogerzy) oraz przez podmioty gospodarcze, które produkują „kontent”. Nie aspirują one zwykle do tego, aby podawać tzw.obiektywne informacje. Dzielą się swoją wiedzą i przemyśleniami wokół interesujących ich tematów. Dla odbiorcy/widza ważne w tym wszystkim jest to, aby wiedział, że dany program jest robiony z punktu widzenia marki/osoby, która to finansuje. W przypadku mediów publicznych widz musi mieć przekonanie, że programy są robione z punktu widzenia interesu publicznego, czyli obywateli a nie z punktu widzenia jakiegoś konkretnego podmiotu gospodarczego czy politycznego.
M.B: Pani zdaniem, jaka linia dramatyczna/narracyjna powinna być stosowana w serwisach informacyjnych? Dlaczego?
A.Ł: W serwisach informacyjnych nie powinna być stosowana żadna linia dramatyczna/narracyjna. Powinna być natomiast stosowana zasada hierarchii ważności wydarzeń. Mam uczulenie na coraz częstsze zjawisko przedstawiania w serwisach informacyjnych jednostkowych, dramatycznych ludzkich historii jako informacji po to tylko, aby podnosić sobie oglądalność. Na to jest miejsce w innych pasmach a nie w programach stricte informacyjnych. Dam przykład. Pierwszego dnia historia rodziny której spalił się dom, drugiego dnia entuzjastyczne doniesienia, że poruszeni widzowie ruszyli z pomocą, kolejny dzień i kolejny materiał o tym, że rodzina dziękuje widzom za ofiarność i serce. Kompletne niezrozumienie po co są programy informacyjne.
M.B:Prawo i Sprawiedliwość ustami Krzysztofa Czabańskiego i Jarosława Sellina zapowiada wprowadzenie nowej ustawy medialnej. Media publiczne miałyby stać się instytucjami kultury, a nie jak do tej pory spółkami prawa handlowego. Zwycięska partia chce także wprowadzić obowiązkowy abonament pobierany z opłat za energię lub podatku PIT. Jest Pani zwolennikiem takich rozwiązań? Jeśli tak to dlaczego?
A.Ł: Na razie trwa zamieszanie, bo ustawa okazała się wadliwa. Ostatecznie zostanie moim zdaniem uchwalona i wtedy media publiczne staną się instytucją państwową. Nie chcę tu wchodzić zbyt głęboko w technikalia ustawy, bo wiele jeszcze może się w niej zmienić. Jedno wydaje się postanowione, że media dotychczas nazywane publicznymi nie będą już rynkowymi graczami ale będą funkcjonować jak inne instytucje funkcjonujące w ramach wyznaczonego przez rząd budżetu rocznego. Uważam, że w tej sytuacji wystarczy zredukowane ich do jednego programu TVP i jednego radiowego i PAP. To w zupełności wystarczy aby informować społeczeństwo co robi rząd, prezydent oraz inne instytucje państwowe. Z punku widzenia świata polityki, ta zmiana, to ruch racjonalny. Zapewniający bezpieczne komunikowanie się rządzących z masami. Topniejącymi ale wciąż licznymi.
M.B: Dlaczego, Pani zdaniem, Polacy rzadko płacą abonament rtv?
A.Ł: Bo nie postrzegają mediów jako publicznych czyli własnych które im służą, są wartością. Walnie przyczynił się do tego też ówczesny premier Donald Tusk, który akurat nie miał w tym czasie możliwości bezpośredniego wpływania na TVP i wezwał ludzi do nie płacenia abonamentu.
M.B: Który system medialny jest Pani najbliższy i dlaczego?
A.Ł: Są różne modele finansowania mediów publicznych i o wyższości jednych nad drugimi napisano pewnie dziesiątki książek. Nie chcę się nad tym więc rozwodzić. Media publiczne są wartością i obywatele chcą na nie łożyć -niezależnie od modelu finansowania- wtedy, gdy patrzą na ręce władzy, pokazują różnorodność, zachodzące w kraju i na świecie zmiany. Wydaje się to dość oczywiste jednak okazuje się, u nas jednak nierealne. Na przykładzie mediów publicznych widać, że polityka w Polsce się profesjonalizuje, a dziennikarstwo deprofesjonalizuje skoro politycy weszli na teren mediów i je sobie podporządkowali.
M.B: Porozmawiajmy o mediach prywatnych. Czy jest Pani zwolennikiem jakiejkolwiek interwencji w treści, które pojawiają się w tego typu mediach?
A.Ł: Temat rzeka. Właściciel nie po to jest właścicielem żeby publikować treści szkodliwe dla siebie. To oczywiste. Z drugiej strony nie powinien ingerować w trybie zatrzymywania tekstów dziennikarskich. Jak wiemy bywa z tym u nas różnie, niezależnie od tego czy właścicielem jest globalny koncern medialny czy polski, prywatny właściciel. Silne środowisko dziennikarskie wyposażone w stowarzyszenia i branżowe instytucje skutecznie może temu przeciwdziałać broniąc dziennikarskiej niezależności. I tak działają media w świecie zachodnim. W Polsce dziennikarze nie stworzyli silnych struktur, dlatego nie mogą narzekać, że właściciele zbyt ostentacyjnie wpływają na publikowane treści.
M.B:Jak Pani ocenia stan merytoryczny polskich nadawców prywatnych? Jaki Pani zdaniem, obecnie panuje trend?
A.Ł: Trudno to jednoznacznie ocenić bo inaczej należy oceniać stacje informacyjne a inaczej rozrywkowe. Rozrywka ma się coraz lepiej a informacja/publicystyka coraz gorzej. Nawet duże telewizje nie mają swoich korespondentów w kluczowych miejscach na świecie, a nawet w Polsce. Generalnie media tradycyjne słabną ze względu na coraz większa dominację internetu. Ten trend będzie kontynuowany. Rynek reklamy przepływa do internetu. O ile jeszcze kilka lat temu internet przetwarzał w Polsce zaledwie kilka procent tortu reklamowego, dziś konsumuje kilkadziesiąt a np. w Wielkiej Brytanii wydatki reklamowe na tradycyjne media i internet zrównały się.
M.B:Czy opowiada się Pan za repolonizacją mediów prywatnych? Jeśli tak to jaki Pani widzi sposób na przeprowadzenie takiego zabiegu?
A.Ł: Nawet TVN sprzedał się amerykańskiemu koncernowi, również RMF, ZET. Dlaczego nie znalazł się w Polsce nabywca i właściciele woleli sprzedać swój medialny interes podmiotom zagranicznym? Bo one chciały im więcej zapłacić. Dyskusja o repolonizacji mediów w dobie globalizacji i szerokopasmowego internetu wydaje mi się pozbawiona sensu.
M.B:Przejmowanie dużej części nadawców prywatnych przez zagraniczne koncerny medialne miało miejsce w latach 90. Czy odbywało się to zgodnie z prawem? Czy istniały wtedy możliwości zablokowania tego procesu? Czy istnieją one dzisiaj?
A.Ł: Koncern RSW został rozwiązany a gazety przeszły na własność spółdzielni dziennikarskich utworzonych przez pracowników. Ci z kolei z powodu braku kapitału, oraz wiedzy jak tym zarządzać sprzedały je szybko zagranicznym koncernom. Nie jest to sytuacja wymarzona ale podejrzewam, że gdyby się nie sprzedały, to by padły. Pracowałam w kilku gazetach stworzonych od podstaw na początku lat 90. zarówno na bazie polskiego jak i zagranicznego kapitału (Czas Krakowski, Nowy Świat, Cash). One też upadły. Jedyną spółdzielnią dziennikarską która przetrwała, jest Polityka.
M.B: Katolicki rynek medialny po transformacji ustrojowej to ciekawe zagadnienie z wielu przyczyn. Czy Pani zdaniem katolickie środki przekazu odniosły w Polsce sukces?
A.Ł: Niewątpliwym sukcesem jest koncern ojca Rydzyka pomyślany jako system naczyń połączonych: radio, telewizja, szkoła wyższa. Między tymi podmiotami zbudowana jest synergia. Jest również zdeklarowany, lojalny odbiorca łożący na te media pieniądze. Ja twierdzę, że Radio Maryja to nie tylko media, to styl życia, dlatego to działa. Politycy zabiegają o udział w audycjach, ale sami o nich nie decydują. Sukcesem jest też prasa katolicka. Gość Niedzielny od zawsze jest na pierwszym miejscu w rankingach tygodników opinii. Inne pisma też dobrze sobie radzą. Porażką jest natomiast telewizja na koncesji Ojców Franciszkanów, która została ostatecznie sprzedana prywatnej osobie i jest dziś zwykłą komercyjna stacją. Ten sam przypadek z siecią Radia Plus.
M.B: Panuje opinia, że w Polsce istnieją media udające katolickie (np. „Tygodnik Powszechny” ) oraz rzeczywiście katolickie. Skupmy się na tych drugich…
A.Ł: Trzeba ustalić o czym mówimy – o mediach które mają w nazwie przydomek „katolicki” czyli np. Tygodnik Powszechny, Fronda czy też są własnością instytucji kościelnych – zakonów, kurii itp. Jeśli tego nie dodefiniujemy, trudno odpowiedzialnie to oceniać.. Z resztą jestem przeciwniczką etykietowania które media są katolickie a które pseudokatolickie. Bo właściwie jakie kryteria miałabym tu zastosować?
M.B:Dzielą się one na bardziej radykalne jak np. Radio Maryja czy Radio Warszawa (znakomita większość czasu antenowego poświęcona sprawom religijnym) oraz bardziej umiarkowane takie jak chociażby Radio Plus czy Radio Victoria, gdzie ramówka jest bardziej różnorodna. Który format jest Pani bliższy i dlaczego?
A.Ł: Sieć Radia Plus to komercyjny, sformatowany program chyba tylko historycznie już kojarzony z przekazem religijnym. Pomysł z Radia Plus był bardzo dobry, aby te rozgłośnie katolickie w całym kraju połączyć we wspólna sieć i nadawać w części wspólne, sformatowane pasma a w części program lokalny. Przez kilka lat to sprawnie działało. Przyczyną rozpadu było to, że zbyt wiele podmiotów chciało decydować o przyszłości tej struktury i to zaczęło się rozjeżdżać. Czymś zupełnie innego jest RM – radio misyjne, skoncentrowane na swoim niekomercyjnym odbiorcy, zarządzane silną ręką, z jasno zdefiniowanym przywództwem i celem. Radio Warszawa jest z kolei robione z pokorą i czuciem. Bardzo je lubię. Rozwijało się powoli, bez dużych nakładów, skupiło zadeklarowanych ludzi którzy, są przekonani, że to jest ich miejsce.
M.B:Dlaczego TV Trwam nie ma konkurencji wśród nadawców katolickich? Jak Pani oceniała projekty Telewizji Niepokalanów oraz Telewizji Familijnej? Dlaczego nie udało im się utrzymać na rynku?
A.Ł: Już mówiłam, że Radio Maryja – Tv Trwam to przykład mediów robionych konsekwentnie, uczących się na własnych błędach, zapełniających nisze, zarządzanych silną ręką. Dla określonej grupy czyli wypełniające niszę rynkową. Dlatego istnieje. Telewizja Familijna to projekt zrobienia tv na zamrożonej koncesji Franciszkanów, finansowany przez państwowe spółki. Po zmianie ekipy rządzącej załamał się system finansowania. Projekt ryzykowny od samego początku.
M.B: Jak Pani wspomina pracę w TVP, w „Pulsie dnia” w „epoce pampersów”? Jakie były Pani relacje z prezesem Walendziakiem. Z kim z tamtej ekipy Pani się najlepiej pracowało?
A.Ł: To była moja pierwsza telewizyjna praca w dziennikarskiej karierze. Puls Dnia to był genialny program. Prawdziwe, żywe dziennikarstwo, bieżąca publicystyka. Mierzenie się codziennie z newsową rzeczywistością i dodawanie do tego elementu publicystycznego, analizowanie wydarzeń. Byliśmy w tym formacie absolutnymi prekursorami na polskim rynku. Mocno nas krytykowano a wręcz zwalczano za to, że zbyt napastliwie traktujemy polityków. Według mnie nie byliśmy napastliwi, byliśmy dziennikarzami, którzy poważnie traktują swój zawód. Dla mnie bardzo dobry czas. Prezes Walendziak zapewnił nam względną niezależność. Wtedy uważaliśmy, że za małą. Z dzisiejszej perspektywy i z obserwacji co dzieje się w mediach uważam, że to było duże osiągnięcie. Wiesław Walendziak był dla nas osoba ważną. Ufaliśmy mu do końca. Gdy wyrzucili jego, zaraz wyrzucili nas. A w zasadzie to ja sama złożyłam wypowiedzenie. Nie chciałam żeby mnie wyrzucano. Taka fantazja.
M.B: Historia TVP w wolnej Polsce to mimo wszystko bardzo ciekawe zagadnienie, przyjrzyjmy mu się bliżej, proszę o ocenę działalności prezesów TVP pod kątem rzetelności i uczciwości dziennikarskiej oraz misji, która TVP ma w założeniu realizować.
A.Ł: Część prezesów funkcjonowała w strukturze Radiokomitetu czyli byli przedstawicielami rządu w mediach. A inni już w strukturze mediów publicznych wybierani przez Krajową Radę. Jednym słowem mix ludzi którzy na mediach kompletnie się nie znali i znali się bardzo dobrze. Gdybym miała tu każdego oceniać, powstałaby książka. Wspólnym mianownikiem wszystkich prezesów jest to, że żadnemu nie udało się zbudować prawdziwie niezależnej pozycji do świata polityki. Spora część to byli na wprost politycy oddelegowani do mediów: Romaszewski, Miazek, Kwiatkowski, Braun, Farfał. Inni – jak Walendziak czy Kurski, z mediów przeszli do polityki. Kurski zatoczył podwójne koło: z mediów przeszedł do polityki a z polityki znów do mediów.
M.B: Czy „pampersi” przestali istnieć wraz ze zwolnieniem prezesa Walendziaka? Czy ta działalność była kontynuowana w TV Niepokalanów, TV Familijnej i w TV PULS?
A.Ł: Nie tworzyliśmy sekty. Wszyscy rozeszliśmy się w swoją stronę. Od czasu do czasu spotykamy się towarzysko. Pampersi to była nazwa zarezerwowana dla środowiska, które pracowało w połowie lat 90. W TVP . Niektórzy z nas źle reagowali na tę nazwa a ja mam jakoś do niej sentyment. Wykonaliśmy w TVP kawał dobrej roboty.
M.B: W TV Puls była Pani szefową programów informacyjnych. Jakie to były programy? Jak Pani wspomina pracę w Pulsie i Familijnej?
A.Ł: Do Telewizji Familijna poszłam w schyłkowym jej etapie. Nie wiedziałam tego. Wtedy telewizja nabierała już wody. To był błąd. Doświadczenie dość przygnębiające. Moje drugie podejście to była Telewizja Puls kiedy współwłaścicielem został Ruppert Murdocha. Zupełnie inne doświadczenie, świetny projekt. Zostałam oczarowana przez Amerykanów, którzy zaproponowali mi kierowanie informacją i publicystyką, rozmachem ich planów. Pracowałam wtedy w dzienniku Rzeczpospolita, byłam zastępcą redaktora naczelnego. Miałam świetne perspektywy zawodowe. A jednak postanowiłam rzucić się w ten nowy telewizyjny projekt. Skończyło się po 1,5 roku, kiedy rozpoczął się wielki kryzys na świecie, zbankrutował Lerman Brothers. News Corp. – współwłaściciel TV PULS zdecydował sprzedać swoje wszystkie udziały w Europie środkowo-wschodniej, w tym w TV PULS. Gdy to się wydarzyło, telewizja sięwłaśnie rozpędzała. Programy informacyjne, publicystyka, program śniadaniowy – którymi kierowałam – bardzo szybko zyskiwały widzów. Rosła oglądalność. Amerykanie bardzo wysoko oceniali nasza pracę. Byli bardzo zadowoleni. Odeszłam z TV PULS wraz z nimi. Postanowiłam iść już własna drogą. Założyłam z mężem własną firmę medialną – Amacom.tv, która produkuje kontent video do internetu. Nie żałuję. Wyzwania i możliwości są wciąż ogromne.
M.B: Pani uchodziła za niepozorną dziennikarkę, a jednak odegrała Pani dużą rolę- była Pani prezesem TV PULS, a następnie po zwolnieniu prezesa Farfała- prawica typowała Panią na prezesa TVP. Dlaczego zatem zrezygnowała Pani z działalności dziennikarskiej?
A.Ł: Prezesem TV Puls byłam raczej technicznym i to przez parę miesięcy. Poprosili mnie o to Amerykanie z News Corp. kiedy nominowany przez nich prezes stracił tymczasowo pozwolenie na prace w Polsce. Z kolei prezesem TVP nigdy nie zamierzałam być. Napisała o tym Gazeta Wyborcza a za nią inne gazety. Autorka tekstu Agnieszka Kublik nawet w tej sprawie do mnie nie zadzwoniła. Taka rzetelność. Nie otrzymałam oficjalnej propozycji. Dostawałam jakieś zawoalowany zapytania i zawsze odpowiadałam, ze nie jestem tym zainteresowana. Wtedy już solidnie pracowałam nad stworzeniem własnej firmy.
M.B: Dzisiaj Pani tworzy telewizję blogową, zajmuje się marketingiem. Proszę szerzej opowiedzieć o swojej działalności.
A.Ł: Internet zredefiniował świat a w komunikacji dokonała się prawdziwa rewolucja. Zniknęła bariera dostępności. Dziś każda firma czy osoba prywatna może dzięki Internetowi swobodnie komunikować się ze światem bez. pośrednictwa tradycyjnych mediów. Barierę stanowią kompetencje! Film może nakręcić i wrzucić do sieci każdy. Tylko czy ktoś będzie chciał go obejrzeć? Dlatego stworzyliśmy firmę. Doskonale radzimy sobie w produkcji filmowej do sieci od strony kreacyjnej, technologii filmowej i marketingowej. Nasza praca to tak naprawdę opowiadanie obrazem emocjonujących historii, które dzieją się wśród nas. Może to być film wizerunkowy, spot reklamowy, panel dyskusyjny, kongres, spotkanie firmowe czy, akcja wolontariacka. Te historie tam są! Prowadzimy dla komercyjnych firm blogi a nawet produkujemy firmowe serwisy informacyjne, robimy streamingi. Możliwości są ogromne. Nie ma kiedy spaćJ
M.B: Proszę wymienić 5 zmian, których by Pani dokonała gdyby to Pani decydowała o losie mediów publicznych.
A.Ł: To już chyba spóźnione pytanie… Media w Polsce jeszcze nie zdążyły być publiczne a teraz na powrót stają się państwowe. Bardziej należy je przełożyć z półki „media” na półkę „instytucje”. Być może tak musiało być, skoro przez ponad 25 lat nie udało nam się stworzyć mediów publicznych. I może to wcale nie jest dla ludzi, dla społeczeństwa takie ważne. W tej tworzącej się obecnie konfiguracji „mediów narodowych”, nie maja one według mnie zbyt dobrej przyszłości. Przypuszczam, że będą traciły widzów i będą stawały się coraz bardziej niszowe, ale oczywiście – akurat w tej sprawie – chciałabym się mylić!