KONDYCJA POLSKICH MEDIÓW zdaniem Sellina: Im więcej powagi w programach informacyjnych tym lepiej
W ramach „WIELOGŁOSU CENTRUM” o kondycji polskich mediów po 1989 roku rozmawiam z Jarosławem Sellinem, wiceministrem kultury i dziedzictwa narodowego, byłym szefem redakcji „Informacji” POLSATU.
Marek Bielecki: Mamy rok 89. Czy Pana zdaniem powstanie mediów prywatnych oraz zmiany, jakie w wyniku transformacji nastąpiły w TVP i Polskim Radiu sprawiły, że media publiczne stały się wolne?
Jarosław Sellin: Myślę, że stały się inne. Przecież w PRL-u istniały tylko media podporządkowane państwu, a ściślej mówiąc – władzy komunistycznej, więc po 89 roku powstała możliwość tworzenia mediów nowych, mediów niezależnych od władzy, mediów zróżnicowanych ideowo i takie media w Polsce powstały.
M.B: Czy jest Pan zwolennikiem oddzielenia informacji od komentarza? Czy Pana opinia w tej sprawie ewoluowała czy była niezmienna?
J.S: To jest standard dziennikarski, że trzeba oddzielać informację od komentarza, żeby ludzie czytający doskonale wiedzieli, co jest informacją, a co komentarzem i pod tym względem nic nie powinno się zmieniać i powinno takie coś być przestrzegane.
M.B: Czy Pan minister uważa, że ta zasada zawsze jest przestrzegana w mediach?
J.S: Nie zawsze jest przestrzegana, media mają coraz częściej profil tożsamościowy, ideowy i próbują różnymi metodami przekonywać do swoich opcji, do swoich poglądów, do swojego świata – poglądy również czytelnika, słuchacza czy widza. W związku z tym mają skłonność do mieszania komentarza z informacją tak, żeby pod pozorem obiektywizmu widz, słuchacz, czytelnik miał większą skłonność do przyjmowania poglądów, które są preferowane w danej redakcji.
M.B: Czy media publiczne po zmianach kadrowych przeprowadzonych na początku tego roku oddzielają informację od komentarza?
J.S: Myślę, że się starają. W programach informacyjnych i publicystycznych to widać. Aczkolwiek naturalny temperament ideowy poszczególnych redaktorów często powoduje, że też pozwalają sobie na różne komentarze. To jest problem szerszy. Problem mieszania zawodów, bardzo często np. prowadzący programy publicystyczne jest jednocześnie dziennikarzem informacyjnym. W związku z tym, jako pracownik programów informacyjnych stara się tylko informować, ale już jako autor programu publicystycznego musi też komentować, bo prowokując do odpowiedzi na pytania albo do jakiś dyskusji musi często też wyrazić jakąś swoją opinię i to się też często zdarza. To jest trudne do rozdzielenia, po prostu…
M.B: Co Pan uważa o infotainmencie? Jest Pan zwolennikiem czy przeciwnikiem takiego podejścia?
J.S: Generalnie uważam, że im więcej powagi w programach informacyjnych tym lepiej, że trzeba jednak zawierzyć, że społeczeństwo, ludzie do których adresujemy swoją ofertę są ludźmi inteligentnymi i że nie trzeba poprzez jakieś półśrodki czy pułapki nakłaniać ich do zainteresowania poważnymi sprawami, tylko uznać, że ludzie są takimi poważnymi sprawami zainteresowani i przedstawiać im po prostu bardzo ważne informacje. Ja nie widzę różnicy między poziomem wykształcenia Brytyjczyków, Amerykanów czy Polaków, a jednak jak się ogląda programy informacyjne BBC czy niektórych stacji amerykańskich to one są pełne powagi i solidnego informowania – nie tylko o tym, co się w kraju dzieje, ale również za granicą. Tego samego bym oczekiwał od programów polskich, zwłaszcza informacyjnych.
M.B: Jaka linia dramaturgiczna i narracyjna powinna być zastosowana w serwisach informacyjnych?
J.S: Przede wszystkim nie powinno być tematów tabloidowych. To, że doszło do jakiegoś wypadku samochodowego, jakiegoś innego tragicznego wydarzenia – to są tematy dla serwisów lokalnych, dla kablówek, a nie dla dziennika ogólnopolskiego. To są tematy, które kuszą, bo wzbudzają duże emocje, ale serwisy informacyjne ogólnopolskie nie powinny się opierać na emocjach tylko na solidnej informacji i wiedzy. Więc tematów tabloidowych być nie powinno, powinny być wyłącznie informacje krajowe i zagraniczne poważne, które poważnie wpływają na nasze życie, pozwalają nam lepiej zrozumieć procesy, mechanizmy społeczne czy polityczne, które się toczą wokół nas, najważniejsze zdarzenia tez kulturowe i tak powinny te dzienniki być konstruowane.
M.B: Czy duża ustawa medialna da mediom publicznym większą niezależność od rządu?
J.S: To będzie zależało od polityki Rady Mediów Narodowych, bo to będzie organ, który będzie kontrolował działalność dwudziestu mediów narodowych w Polsce. Będzie to zależało od składu Rady i od tego czy członkowie tej Rady będą zdolni do działania samodzielnego czy też będą chcieli się konsultować z jakimiś czynnikami politycznymi.
M.B: Pojawiają się głosy, również w środowisku dziennikarskim, że stacji publicznych mamy w Polsce za dużo. Zgadza się Pan z opiniami, że powinny być uszczuplone i ograniczone do najważniejszych?
J.S: Nie, nie zgadzam się, dlatego że owszem, można by było zastanawiać się, dlaczego rozgłośnie radiowe wydzielono w osobne firmy i w każdym województwie jest osobna rozgłośnia jako osobna forma. W przypadku ośrodków telewizyjnych jednak mamy jedną instytucję – Telewizję Polską z oddziałami w regionach. Natomiast, niezależnie od tego jak to oceniamy, faktem jest, że po tych dwudziestu paru latach te rozgłośnie radiowe regionalne publiczne stały się po prostu trwałymi instytucjami na mapie kulturowo – medialnej danych regionów. Stosunkowo dobrze jak na kryzysową sytuację finansową mediów publicznych sobie radzą, nieźle wypełniają swoją misję czyli dobrych rzeczy lepiej nie psuć, centralizując te wszystkie rozgłośnie z powrotem w formie oddziałów Polskiego Radia. Więc ja bym tutaj żadnych rewolucji nie czynił, jestem zwolennikiem utrzymywania czegoś, co dobrze się sprawdziło i stosunkowo dobrze funkcjonuje.
M.B: Dlaczego do niedawna duża część Polaków niechętnie opłacała abonament?
J.S: Dlatego, że nikt nie lubi płacić podatków, a zwłaszcza podatków nie egzekwowanych. Abonament w tym sensie jest fikcją, że płaci się go za posiadanie odbiornika radiowego i telewizyjnego pod warunkiem, że się ten odbiornik zarejestruje po zakupie, a nie ma tutaj żadnej solidnej egzekucji, że się kupiło odbiornik radiowy czy telewizyjny. W związku z tym, na ogół, płacą ten abonament ludzie, którzy dawno to zrobili, często w czasach PRL-u. Ta liczba się w związku z tym zmniejsza i płacą Ci , którzy kiedyś tam zarejestrowali, że posiadają te odbiorniki. Dzisiejszy abonament jest anachronizmem, bo możliwość dotarcia do treści programów radiowych i telewizyjnych, produkowanych przez media publiczne jest dużo szersza niż samo posiadanie odbiornika radiowego czy telewizyjnego – choćby różnymi metodami, które umożliwia internet i instrumentami technicznymi z najnowszych technologii. Więc ten system poboru środków na utrzymanie mediów narodowych trzeba w związku z tym zmienić.
M.B: A co w przypadku gdyby ktoś nie posiadał odbiornika? Byłby zobowiązany do opłaty abonamentowej?
J.S: Nie abonamentu, tylko opłaty audiowizualnej. Treści produkowane przez radio i telewizję publiczną można mieć w różny sposób. Nie trzeba mieć odbiornika – ani radiowego, ani telewizyjnego. Natomiast media mają być instytucjami narodowymi, utrzymywanymi przez nas wszystkich. Tak jak ktoś nigdy w życiu nie poszedł do opery narodowej albo nigdy w życiu, albo nigdy w życiu do Muzeum Narodowego, a jednak tą operę czy muzeum utrzymuje każdy z nas.
M.B: Do którego systemu medialnego, z występujących na świecie, jest Panu najbliżej?
J.S: Zależy o co Pan pyta – czy o treści, czy o system instytucjonalny. Uważam, że Polska powinna wypracowywać swój własny model. Na dobrych rzeczach warto się wzorować. Ustawa o radiofonii i telewizji sprzed 25 lat była wzorowana na ustawie francuskiej. Miała swoje wady i zalety. Generalnie powinniśmy doprowadzać do sytuacji takiej, w której zdecydowana większość mediów w Polsce należy do polskiego kapitału i udział mediów narodowych w oglądalności bądź słuchalności w Polsce nie schodzi poniżej 1/3.
M.B: Wspomniał Pan minister o repolonizacji mediów… Jest to realne? Jeśli tak, to jak to zrobić?
J.S: Jest realna w długiej perspektywie i w ramach gry rynkowej. Po prostu trzeba być przygotowanym na moment, kiedy z różnych powodów koncerny zagraniczne, do których należą polskie media, zechcą je sprzedać. Trzeba być na to przygotowanym i mieć odpowiednie instrumentarium, które by zachęciło do kupna tych mediów przez podmioty polskie.
M.B: Przejmowanie dużej części polskich mediów przez zagraniczne koncerny miało miejsce na początku lat 90. Koncentracja ponad 90% mediów regionalnych w rękach niemieckich nastąpiła w 2013 roku. Odbywało się to zgodnie z prawem? Były jakieś prawne możliwości zablokowania tego procesu?
J.S: Wie Pan, to nie jest takie proste, dlatego że lata 90. i początek następnego dziesięciolecia to była silna dominacja kapitału postkomunistycznego, który media tworzył bądź kupował. I Paradoksalnie było tak, że bardzo często można było zauważyć, że więcej uczciwości dziennikarskiej i rzetelności jest w mediach kupionych przez podmioty zagraniczne niż w mediach formalnie należących do kapitału polskiego, ale bardzo silnie związanym z potężnym, jeszcze wówczas, środowiskiem politycznym postkomunistycznym. Więc to takie proste nie jest, natomiast systemowo powinno być tak, że kapitał zagraniczny nie dominuje w mediach państwa narodowego.
M.B: Czy rynek mediów katolickich w Polsce odniósł sukces?
J.S: Względny sukces, ponieważ potencjał odbiorcy katolickiego w Polsce jest na pewno dużo większy niż realne media. To jest proces dynamiczny. Na przykład uważam, że zmarnowano szansę, jaką mieli biskupi jeszcze pod koniec władzy komunistycznej – możliwość stworzenia rozgłośni radiowych. Nie potrafili jakoś sensownie usieciowić i stworzyć z tego jedną, silną rozgłośnię ogólnopolską i z tej szansy po prostu nie skorzystano. Okazało się, że jest jeszcze jeden zakonnik z dużym poczuciem misji, jakim jest o. Tadeusz Rydzyk, który takie radio i telewizję stworzył, i portal i szkołę, itd. Natomiast dosyć dobre efekty osiągnął rynek mediów katolickich w przestrzeni tygodników opiniotwórczych. Zwrócę uwagę na to, że dwa najsilniejsze tygodniki opiniotwórcze, mianowicie „Gość Niedzielny” i „Niedziela” osiągnęły dużo. „Gość Niedzielny” ma najlepszą sprzedawalność ze wszystkich poważnych, opiniotwórczych tygodników w Polsce, o wiele lepszą pozycję sprzedawalności niż jakiekolwiek tygodniki liberalne. „Gość Niedzielny” i „Niedziela” są wydawane na Górnym Śląsku, to taka ciekawostka.
M.B: Jak Pan wspomina okres współpracy z Wiesławem Walendziakiem w telewizji publicznej?
J.S: Ja nie pracowałem w TVP, ponieważ w tym samym czasie tworzyłem program informacyjny i publicystyczny w pierwszej ogólnopolskiej telewizji prywatnej, jaką był POLSAT. Natomiast oczywiście zawodowe kontakty miałem, znajomość była bliska. Więc zarówno dziennikarze czy ludzie, którzy wówczas z Walendziakiem pracowali w telewizji publicznej czyli „pampersi” to był bardzo bliski mi krąg osób i środowisko ideowe, które było mi bardzo bliskie.
M.B: Dlaczego TV Trwam nie ma konkurencji wśród telewizji katolickich?
J.S: Nie wiem czy dzisiaj sensowne byłoby robić konkurencję stricte katolicką dla Telewizji Trwam, bo te potrzeby bardzo takie wysublimowane, religijne, ideowe właściwie Telewizja Trwam eksponuje. Być może trzeba szukać innych segmentów, takich jak próbuje szukać np. Telewizja Republika czyli nie konfesyjna stacja telewizyjna, ale wyraźnie konserwatywno – prawicowa. To jest droga do sukcesu – znalezienie jeszcze dodatkowego czy innego segmentu odbiorcy.
M.B: Jak Pan oceniał projekty Telewizji Niepokalanów i Telewizji Familijnej? Dlaczego nie utrzymały się na rynku?
J.S: Czegoś zabrakło. Takiej determinacji, charyzmy, przywiązania do kręgów społecznych, jakie pokazał o. Tadeusz Rydzyk w TV Trwam.