POLACY NIEZŁOMNI odc. 4 Ojciec Marian
Nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla ! ogłoszono to w Polsce publicznie 30-go stycznia 2002 r., w Jego urodziny.
Byłam w Puri, na misji Ojca Mariana w 1985 roku, pierwszy raz. Nakręciłam trzy filmy, w tym 2 dla TV-publicznej. Ale u Ojca byłam kilka razy. Choćby posiedzieć przy Nim, porozmawiać kilka godzin. I dzisiaj, choć zmarł 11 lat temu, piszę o Ojcu w czasie teraźniejszym. Bo święci nigdy nie umierają. Tak było dobrze, móc opatrzeć, jak odnosi się do ludzi chorych, w łachmanach, najuboższych. Prosiłam o radę, o wsparcie, o naukę. Odnajdywałam tam, przy nim, normalne proporcje dla swego życia, swoich decyzji…
Ojciec jest tak szczególnie bliski, gdy patrząc na Niego zapracowanego, zmęczonego, ale zawsze mającego uwagę i czas dla każdego potrzebującego – pamiętamy, że całą wojnę, pięć lat przeżył cudem w obozie koncentracyjnym Dachau…i natychmiast wyruszył na misję do Indii, do najbiedniejszych.
Puri leży nad Oceanem Indyjskim, między Kalkutą a Madrasem, w stanie Orissa. Święte miasto hinduizmu, tutaj codziennie z całych Indii ściągają tysiące pielgrzymów, pobożnych ludzi, ofiarnie podejmujących trud pielgrzymowania często przez cały subkontynent indyjski, z najodleglejszych zakątków tego olbrzymiego kraju. Wędrują rozmaicie, bywa, że samolotami, ale najczęściej boso, pieszo, wspierając się kijem pielgrzymim, a za dobytek mając niewielki kubełek na wodę lub na ryż, przepasani najtańszym płótnem… Celem pielgrzymek jest i samo miasto, uznane za „czakram”, miejsce dające specjalne energie, ale przede wszystkim chcą wziąć udział w pudży odprawianej przez braminów w świątyni Dżaganath, czyli „Pana Świata”. Braminów, tj. kapłanów jest w Puri ponad 10 tysięcy. Należą do najwyższej warstwy społecznej, w Puri mają wszelkie, nieograniczone władze i wpływy. Aż tu…zza potężnej kopuły świątyni Dżaganath wznosi się biały krzyż wzniesiony na szczycie…kościoła ! Ojciec Marian mówi, „to świątynia Pani Świata, Matki Bożej”.
Kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Puri wznosili i Hindusi i Polacy, pracujący w Indiach polscy górnicy, marynarze, lekarze. Ołtarz i wspaniałe drzwi projektowała i wykonała gdańska rzeźbiarka, Janina Karczewska-Konieczna. Potrzebna była i zgoda braminów na budowę kościoła, w pobliżu najświętszego miejsca hinudistów. Ojciec Marian zgodę tę otrzymał po latach starań, po latach dawania świadectwa.
Pamiętam swoje pierwsze wejście do wioski trędowatych, którą zbudował Ojciec Marian ponad 30 lat temu…2000 mieszkańców, połowa z nich to trędowaci, znalezieni przez Ojca w kanałach, w zakamarkach miasta, na pustyni. Z kamerą w ręku szłam tuż za Ojcem na spotkanie z kalekami, ludźmi bez dłoni, stóp, bez nosów, uszu, z ranami na ciele. I – znalazłam się jak wśród bliskich, jak w wielkiej rodzinie. To Ojciec Marian nauczył ich budować swoje lepianki, hodować kwiaty, palmy, wyszukał dla nich wodę i pobudował studnię, dał im pracę – zorganizował fermę kurzą, fabrykę tkanin, fabrykę specjalnych sandałów dla trędowatych, założył staw rybny, ogród palm kokosowych, no i zbudował szkołę, w której uczy się dziś ponad 300 dzieci z rodzin trędowatych. Wszystkie te dzieci są zdrowe, wesołe, czyste, nakarmione do syta.
Trędowaci w Indiach to najbiedniejsi z biednych, wyrzuceni poza społeczeństwo, skazani na „nieistnienie”.
W wiosce poznałam wielu ludzi, za którymi tęsknię i dzisiaj: roześmiany „główny księgowy” wioski, amputowano mu stopy i palce u rąk, a jakimś cudem, w kikutach kostek palców prawej ręki mocno trzyma ołówek i precyzyjnie księguje każdy wydatek, każdy rozdawany dar, albo – grajkowie, pięknie śpiewający hinuistyczne ragi, religijne pieśni, albo – matka…
Matka miała amputowane palce u rąk i obie stopy, a Ojciec Marian codziennie opatruje jej rany, pociesza. Ta matka przywlokła się resztkami sił do szpitalika w Kolonii Trędowatych, z nadzieją na ratunek, była wychudzona, w łachmanach, a szczury ogryzały jej nic nieczujące stopy… Ojciec odział ją, wymył, nakarmił, leczył…była w niej jeszcze jedna wielka rana: tęsknota za rodziną, za jej dziećmi i mężem, żyjącymi gdzieś w odległym mieście, których opuściła kiedyś, w nocy, gdy dowiedziała się, że jest zarażona trądem…gdyby powiedziała o swojej chorobie komukolwiek z bliskich, społeczność, w której żyli, mieli dom, pracę, szkołę, wyrzuciłaby ich na pustynię, za miasto i całą rodzinę skazano by na straszną śmierć w nędzy i głodzie. Matka opuściła swoich najbliższych, by nie narażać ich. Gdy siadałam na jej szpitalnej pryczy, z jej oczu płynęły łzy. Ojciec Marian pokazał mi, że nie muszę się obawiać trądu, gołymi rękami dotyka ran najciężej chorych, więc i ja mogłam być przy niej, matce płaczące z tęsknoty i rozpaczy, że już nigdy nie zobaczy swoich. Przytulałam jej głowę do swoich ramion, zasypiała wtedy spokojnie. Byłam taka szczęśliwa w kręgu jej miłości. Umarła parę tygodni po moim wyjeździe, jej miłość czuję do dziś.
Pamiętam, Ojciec zawiózł mnie na pustynię, do wiosek, które z powodu suszy ginęły niedawno, umierały tysiące ludzi i wszelkie stworzenie…Ojciec opowiadał, jak wyjął medalik Niepokalanej, taki blaszany, na sznurku, modlił się i zaczął różdżką szukać wody, potem w środku pustynnej, wypalonej ziemi wykopali studnię, trysnęła woda, tysiące ludzi ocalało. Kochają tam Ojca Mariana jak najlepszego Ojca ! gdy przyjeżdża w odwiedziny, częstują Go tym, co mają najlepszego, a więc…szklanką wody [a we wsi mają jedną jedyną szklankę, tylko dla najważniejszych gości, też mogłam z niej się napić].
Pamiętam popołudnia w Kolonii Trędowatych…około godziny 15-tej wjeżdżał ambulans Ojca Mariana, dar Zgromadzenia Verbistów z Pieniężna. Wysiadały siostry Misjonarki Miłosierdzia, hinduski lekarz, Ojciec w białym kitlu. Ojciec ustawiał sobie stołeczek na zewnątrz, pod ścianą małego szpitalika, ustawiał miski z odkażającym płynem, brał ostry nożyk i siadał, wtedy zewsząd wypełzali trędowaci, z całej okolicy, żebracy spod świątyni Dżaganath i z zaułków świętego miasta…jeden po drugim, a może tego dnia było ich z 50-ciu, niewielu mniej niż zwykle, niż co dzień od 30 lat działalności Ojca tutaj, trędowaci kolejno podsuwali swoje rany Ojcu do opatrzenia, dłonie, palce, stopy. A Ojciec cierpliwie mył rany, pensetką wyjmował z nich robactwo, odkażał, przeprowadzał małe amputacje… Był nieopisany upał [wiosną temperatura sięgała tam po południu 40-tu stopni w cieniu]. Siedziałam z kamerą tuż przy nich, w kurzu hinduskiej, wiejskiej drogi, słuchałam głosu Ojca Mariana, z każdym pacjentem rozmawiał czule, cierpliwie, troskliwie opatrując i tuląc strapionych.
W 1998 roku Ojciec Marian Żelazek obchodził 50-lecie swojej posługi misyjnej w Indiach i 80-te urodziny. Była uroczysta msza św. w kościółku w Puri, przyszły tłumy Hindusów, modlili się razem katolicy i hinduiści. Przybyli kapłani ze świątyni Dżaganath, a główny kapłan, bramin, nadał uroczyście tytuł bramina Ojcu Marianowi, katolickiemu misjonarzowi, który jak i jego podopieczni także uchodzi tam za „niedotykalnego”, jest przecież pozakastowy, jak i my wszyscy Europejczycy, nie-hinduiści. Byliśmy świadkami cudu na miarę potężnych Indii, tego nie otrzymał nigdy nikt, żaden Europejczyk w historii subkontynentu. Niemożliwe stało się możliwe, bo jak tłumaczył mi Ojciec Marian, „misja to nie rozdawanie paciorków, czy zdobywanie wiernych za miskę ryżu dawaną w kościele, misja to dawanie świadectwa sobą, całym swoim życiem”. To branie dosłownie wszystkiego, co uczynił i powiedział Pan Jezus.
Pamiętam, jak Ojciec wypytywał o wieści z Polski, gdy przyjeżdżałam do Niego. Mówi, że ma „pół serca dla Indii, a pół dla Polski, a właściwie to całe serce dla Indii i całe dla Polski”. Cieszył się z odzyskanej wolności, prosił zwłaszcza o opowiadanie o prezydencie Lechu Wałęsie, modlił się za niego, gorąco wierzył w jego charyzmę. Wałęsa odmówił podpisania wniosku o nominację Ojca Mariana do Nagrody Nobla. Nie wiemy, dlaczego…
W Dachau, niemieckim obozie koncentracyjnym, Ojciec Marian był zaledwie bratem zakonnym, aresztowany 20 maja, z wieloma duchownymi, w obozie setki z nich umarły z głodu, chorób, wycieńczenia nadludzką pracą, bici, maltretowani, Ojciec mówił o tym „…to była Droga Krzyżowa…nieść krzyż za Chrystusem…to praca w kamieniołpmie, a wracając do baraków musisł każdy nieść kamień, starsi, chorzy słabli i gdy padali, Niemcy dobijali kulą z rewolweru, kiedy się dało, brałem drugi kamień, od tego współbrata, który nie miał sił i Pan Jezus pomagał, niosłem dwa kamienie, za innych…nieść krzyż to po to jestem na misji”. Obóz wyzwolili Amerykanie, 29 kwietnia 1945 r.
Kochał Polskę, jak Indie. Dwie ojczyzny. Nigdy nie zawiódł, jako przyjaciel. Pamiętam Jego ostatnie słowa, do mnie wypowiedziane, po Mszy św. w kaplicy misyjnej w Puri, w styczniu 2006r : „Anusio, nic co TU nie ma znaczenia, wszystko ważne jest TAM”. Ojciec Marian ŻELAZEK, VERBISTA, zmarł na swojej misji, wśród trędowatych, 30 kwietnia 2006r.
Jak co roku, przez prawie 20 lat naszej przyjaźni, 29 kwietnia 2006 r. Ojciec Marian zadzwonił do mnie, ok. 4-tej rano, tam w Indiach była to godz. 7,30, to tuż po zakończeniu Mszy św., tego dnia Ojciec chwytał za telefon i dzwonił do mnie: „Anusio! Wolność, wolność !” i odkładał słuchawkę. Wiedziałam doskonale, że ten dzień był dla Ojca najpiękniejszym dniem Jego życia. Został misjonarzem trędowatych, w podzięce za ten dzień.
Anna T. Pietraszek
W Warszawie, 22 kwietnia 2017r.