#2: Ostrogi przywódcze zdobyłem w środowisku piłsudczykowskim
Druga odsłona magazynu „LIDER”. Są to rozmowy z najważniejszymi uczestnikami życia publicznego po 1989 roku. Mam przyjemność dyskusji z Leszkiem Moczulskim- doktorem habilitowanym, politykiem, prawnikiem, historykiem, współorganizatorem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela w Polsce, twórca Konfederacji Polski Niepodległej. Pracę doktorską obronił pod okiem śp. profesora Bronisława Geremka.
Marek Bielecki: Jaka jest Pana recepta na utrzymanie wysokiego poziomu intelektualnego w każdym wieku?
Leszek Moczulski: Żadna. To głównie cechy wrodzone – dziedziczne, a nie nabyte. Wielopokoleniowa mieszanka genów. Oczywiście, można i trzeba pracować nad własnym intelektem. Wymaga to przede wszystkim ćwiczeń metodycznego myślenia – nie o wszystkim i niczym, tylko o konkretnych zagadnieniach, nadających się do obróbki intelektualnej, zarówno analizy jak syntezy. Narzuca to konieczność ustawicznego czytania poważnych książek. Może to być również literatura piękna, lecz wartościowa, a nie modna. Im więcej dana osoba przeczyta, tym więcej wie i rozumie. O tym trzeba pamiętać od wczesnej młodości; gdy ma się za sobą przeczytanych kilka tysięcy książek – tym więcej wie się i rozumie na starość Trzeba wreszcie możliwie wcześnie wybrać sobie przedmioty zainteresowania i podporządkować im zarówno dobór literatury, jak kierunki wykształcenia. Nie chodzi o uzyskiwanie tytułów naukowych, zdobywają je również ludzie bezmyślni, lecz o realne kształtowanie intelektu.
MB: Pan tytuły uzyskał dość późno.
L.M. Dopiero po upadku komuny. Nie mogłem doktoryzować się wcześniej, ponieważ zostałem usunięty ze studiów na Uniwersytecie Warszawskim w 1949 roku. Byłem wtedy na drugim roku prawa. To usunięcie nie przybrało postaci formalnej. Na ogół wyrzucany wówczas człowiek był zadowolony, że go nie aresztowano i omijał z daleka uczelnię. Ja, za stanowczą porada dwu zaprzyjaźnionych z moim ojcem profesorów – prawie cała kadra naukowa była przedwojenna, przestałem pokazywać się na wydziale (nie było jeszcze dyscypliny studiów), ale przed terminem zdawałem egzaminy. Właściwie zmusił mnie do tego wykładowca prawa finansowego prof. Lubowicki. Mówiłem mu, że zostałem wyrzucony z UW, a poza tym nie mam żadnego pojęcia o prawie finansowym. Odpowiedział, że to on ocenia, a nie student. Z trudem odpowiedziałem na parę pytań, profesor przyznał mi rację, że rzeczywiście nie mam zielonego pojęcia o przedmiocie, ale dał mi 3 z dwoma minusami i zalecił przeczytać podręcznik, bo to wstyd być nieukiem. Zgodnie z jego instrukcją poszedłem do dziekanatu pod koniec urzędowania i nic nie mówiąc podałem urzędniczce indeks. Ta coś wpisała, przystawiła pieczęć i zwróciła mi bez słowa. Wówczas zrozumiałem, że w panującym bałaganie „towarzysze” nie powiadomili o moim wyrzuceniu administracji. Natomiast profesor Herbst, historyk, poradził mi, abym zapisał się na jego wydział. Mój rok był ostatnim, który szedł wedle zasad przedwojennych – i kto został już studentem UW, mógł zapisać się na dowolną ilość wydziałów. Moje studia polegały na tym, że zdawałem egzaminy w sposób półkonspiracyjny: nie pokazywałem się na uniwersytecie, pojawiałem się tylko wieczorem, kiedy profesorowie kończyli zajęcia i z jakąś tam motywacją, zdawałem egzaminy przed terminem. Ponadto od początku studiów chodziłem na seminarium magisterskie prawa międzynarodowego i w kratkę pojawiałem się na seminarium prawa państwowego (oba wieczorne). Na historii początkowo działałem podobnie, lecz szybko znudziło mi się zdawać egzaminy i od 1950 r. ograniczyłem się do uczestnictwa w seminarium doktoranckim prof. Herbsta. Byłem na nim ponad dwadzieścia lat, napisałem trzy kolejne prace doktorskie, Pierwsza powstała jeszcze w połowie lat pięćdziesiątych („Wojny inflanckie i mołdawskie 1600-1622”- analiza państwa w zagrożeniu dwustronnym), druga w kocu lat ’60 („Polska doktryna wojenna w latach ’30), trzecia ukazała się w 1972 r. w książce „Wojna Polska” (1939 r,) i stała przedmiotem zmasowanej krytyki. Najwyższe władze PRL skazały ją na przemiał, szczęśliwie czytelnicy zdążyli wcześniej wykupić cały nakład. Tekst pierwszej zabrała SB podczas rewizji w 1957 r., tekst drugiej leży gdzieś w archiwach po b. WIH, wszystkie trzy przewody doktorskie zostały przerwane. Z powodów politycznych. Nie miałem prawa być doktorem, ani ubiegać się o pracę w uczelni czy jakimś instytucie naukowym. Stworzyłem go sobie sam.
Prawo i historia to nie całe moje kształcenie. Wkrótce po przyjęciu na UW, zapisałem się na wydział ekonomii Akademii Nauk Politycznych. Prowadziła ją profesorska spółdzielnia pracy, jeszcze przedwojenna, program był taki sam. Tam zdobyłem podstawową wiedzę ekonomiczną i zostałem uodporniony na marksizm, który wkrótce w najgorszej, prostackiej formie zaczęto głosić na wyższych uczelniach. Studia trwały trzy lata – i skończyłem je równocześnie z likwidacją ANP. Mogłem je kontynuować na kursie magisterskim w SGPiS (przedtem i dzisiaj WSH), ale nie chciałem. Wcześniej, pod opieką prof. Drewnowskiego, przygotowywałem pracę magisterską „Teoria Keynesa, a odbudowa Europy”. Niedługo później takie dysertacje uważano za „wrogie popularyzowanie reakcyjnych pseudo-doktryn”.
Do pracy naukowej, jako głównego przedmiotu aktywności wróciłem po paru dziesiątkach lat działalności politycznej. Ostrogi przywódcze zdobyłem w środowisku konspiracyjnym, piłsudczykowskim, które uważało, że polityka jest działaniem przede wszystkim intelektualnym. Wiem, że dzisiaj pogląd taki może niektórych zaskakiwać, ale to prawda. Wiedza, głównie politologiczna, której nabyłem w podziemiu podczas prac i studiów prognostycznych, jest ważnym elementem mojej edukacji. Doktorat z nauk politycznych zrobiłem w 2005 r., habilitację z historii cztery lata później, byłem dziekanem wydziału prawa, później rektorem Wyższej Szkoły Menadżerskiej, obecnie jestem profesorem zwyczajnym Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Komunikacji Społecznej. Dziś pracuję głównie nad nową dyscypliną naukową – demo-polityką. To wszystko.
M.B: Jak się Panu współpracowało z profesorem Geremkiem?
L.M: To mój młodszy kolega z seminarium prof. Herbsta w latach ’60. Zdziwił się, gdy umówiłem się z nim i zapytałem, czy będzie moim promotorem. Liczyłem wówczas 72 lata, a on 68. Był szefem Instytutu Europejskiego w Natolinie. Miałem gotowy projekt pracy doktorskiej. Recenzentem został m. in. profesor Labuda z UAM – chyba najwybitniejszy polski mediewista. Obserwował od wielu lat moją karierę naukową. Gdy przeczytał wstępny zarys, uznał, że to praca habilitacyjna, a nie doktorat. Powiedział Geremkowi: „niech Leszek weźmie swoją ostatnią książkę i zrobi z niej doktorat. Była to „Geopolityka. Potęga w czasie i przestrzeni” – uznana za wznowienie polskiej szkoły geopolitycznej, która nie odrodziła się po II wojnie światowej i cytowana, jako klasyczne dzieło. Tak też się stało. Doktorat bez trudu obroniłem w Akademii Humanistycznej w Pułtusku, a habilitację w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk. Wymagana praca to książka „Narodziny Międzymorza. Tworzenie ojczyzn, państw we wschodniej części Europy, w późnej starożytności i wczesnym średniowieczu”. Książka obejmuje okres od II wieku przed Chrystusem do XI wieku. Duża, bo ma ponad 80 arkuszy wydawniczych, kilka tysięcy przypisów. Nakład był minimalny, lecz praca weszła do obiegu naukowego. Proces tworzenia Europy Zachodniej jest bardzo szczegółowo opisany przez licznych autorów, natomiast ja zająłem się wschodnią częścią Europy, czyli – mówiąc językiem geopolitycznym, Międzymorzem. Do tej pory jest to chyba jedyna książka w Europie poświęcona temu zagadnieniu. Procesy powstawania ojczyzn, rozmieszczenia ludów, dochodzenia do własnych państw, formowania całego systemu geopolitycznego, odmiennego od Zachodniej Europy – tematyka bardzo szeroka. Pracowałem nad tym przez wiele lat, na marginesie mojej działalności politycznej. Na przykład cały zasób łacińskich źródeł i literatury szczegółowo przepracowałem w więzieniu. Dziwnym trafem szeroki zbiór dokumentów średniowiecznych znajdował się w bibliotece więziennej – zapewne w spadku po jakiejś zlikwidowanej instytucji, a ponadto teksty łacińskie mogłem względnie łatwo, po parotygodniowym sprawdzaniu czy nie zawierają treści wrogich wobec PRL, otrzymywać z zewnątrz.
M.B: Która z dziedzin, którymi się Pan zajmował dawała Panu największą satysfakcję?
L.M: Mnie generalnie interesują procesy multisekularne, toczące się przez setki lat. To praca interdyscyplinarna, głównie w zakresie nauk politycznych i nauk historycznych, lecz także demografii, etnologii, ekonomii, kulturoznawstwa itd. Przeczytałem kilka tysięcy więcej książek od Pana.
M.B: Z pewnością
L.M: Nie, to nie jest moja zasługa. Miałem odpowiednio dużo czasu ku temu, jestem o dwa pokolenia starszy. Ponadto mam dwie zasady: „nulla dies sine linea”- „żadnego dnia bez linijki”- jeśli nic nie napiszę, ani nie przeczytam. jest to dzień zmarnowany. Oczywiście, należy również uczestniczyć w bieżącym życiu intelektualnym: wykładam na uczelni, mam dobre kontakty ze studentami, uczestniczę w konferencjach naukowych, analizuję aktualną politykę, zarówno krajową jak międzynarodową. Dziś siedziałem w Sejmie kilka godzin na polskiej i niemieckiej komisji historycznej.
M.B: Skąd u Pana zamiłowanie do historii?
L.M: Historia mocno zaważyła na całym moim życiu. Już, jako 10-letni chłopak usiłowałem analizować jakieś mapki, przedstawiające kampanię wrześniową z poprzedniego roku. Porównywałem ją z francuską – klęską z przed kilku miesięcy. Mój ojciec był humanistą, zajmował się głównie absorpcją kultury greckiej przez Rzymian. Byłem wychowywany w świecie antyku. Ale pierwszą książkę, którą przeczytałem samodzielnie, mając sześć lat- było „Ogniem i Mieczem” Sienkiewicza.
M.B: Skąd u Pana zamiłowanie Józefem Piłsudskim i koncepcjami z nim związanymi?
L.M: Tak się zdarzyło, że obie części mojej rodziny uczestniczyły w działaniach na rzecz odzyskania niepodległości, poczynając od PPS. Pierwsza organizacja bojowa PPS została założona w mieszkaniu moich dziadków. Moja mama miała wówczas kilkanaście miesięcy i służyła babci, jako przykrywka do przenoszeniu nielegalnej bibuły, a następnie broni. Stryj mojego ojca również był w OB PPS. Obydwie części rodziny znalazły się później w POW. To bardzo silna tradycja związana z nurtem niepodległościowym Józefa Piłsudskiego. Już, jako dziecko stykałem się z rozmaitymi osobami, które w tym uczestniczyły. Parę ostatnich lat przed wojną mieszkałem w Milanówku. Rozchorowałem się na bardzo ciężkie zapalenie płuc jak miałem pięć lat – i po wyleczeniu uznano, że muszą stosować dalsze leczenie klimatyczne. Rodzice przenieśli się do Rabki, ale ojcu trudno było dojeżdżać do pracy. Po roku wylądowaliśmy w Milanówku pod Warszawą. Był taki obyczaj, że jak ktoś odwiedzał moich rodziców, to ja i moja młodsza siostra przychodziliśmy, żeby się przywitać, po czym wracaliśmy do własnych zajęć. Niektórzy goście uznawali, że grzeczność wymaga, aby chwilkę porozmawiać z dziećmi. Przyjeżdżał taki pan, którego nie lubiłem, bo miał blizny na pół twarzy. Później dowiedziałem się, że był to pułkownik Walery Sławek – trzykrotny premie. Pamiętam taką scenę: w salonie zebrało się towarzystwo. Sławek zwraca się do mnie „a kawaler chodzi do której klasy?”. Nie znosiłem słowa „kawaler”, tak zwracały się do mnie nowoprzyjęte służące. Odburknąłem niezbyt grzecznie, że w szkołach powszechnych są oddziały, a klasy dopiero w gimnazjum i wyjaśniłem, że ja „jestem w drugim oddziale.” Sławek traktował to żartobliwie: „ oooo, drugi oddział, to poważna sprawa”. II Oddział sztabu zajmował się wywiadem. Ja o tym nie wiedziałem i gorąco zaprzeczyłem: „Nie, zupełnie niepoważny. Dopiero czwarty oddział jest poważny”. IV Oddział to było kwatermistrzostwo. Teraz on się zdziwił i spytał, dlaczego właśnie czwarty oddział?. Odpowiedziałem „bo w czwartym oddziale można się zapisać do harcerstwa, a w drugim tylko do zuchów”. Wszyscy zaczęli się śmiać. Byłem bardzo urażony.
Wychowanie w środowisku związanym z walka o niepodległość oddziała ło na mnie bardzo silnie. Nigdy nie widziałem Piłsudskiego, natomiast rodzice spotykali się z nim. Babcia była w rodzinie najbardziej aktywna. Wcześnie związała się z PPS i ku przerażeniu rodziny przeniosła się „na dół” – czyli na Powiśle. Zamieszkała w dzielnicy robotniczej, jakby poza właściwym miastem, co w jej środowisku budziło zdziwienie, nawet niesmak. Tam bardzo rozwinęła działalność społeczną, organizowała biblioteki, pomoc dla rodzących kobiet Była bardziej feministką, niż socjalistką. Pierwsza publiczna szkoła polska po rewolucji w 1905 roku została zbudowana ulicy Drewnianej na Powiślu, babcia należała do komitetu jej budowy. Jak moja mama nieco dorosła, babcia z racji własnych, demokratyczno-socjalistycznych przekonań, skierowała córkę do pierwszej klasy w tej właśnie szkoły, aby się uczyła wraz z dziećmi robotników. Matka chodziła tam pieszo przez całe Powiśle, bo dziadkowie mieszkali na ul.. Przemysłowej przy Rozbrat. Jak rodzina dowiedziała się o tym, zrobiła się ogromna awantura, że dziecko jest dręczone przez matkę –zwariowaną socjalistkę. Mamę przeniesiono do jakiejś pensji.
W latach 20. moi dziadkowie wrócili na wieś. Gdy wybuchła wojna, moja mama ze mną pojechała do babci (dziadek już nie żył). Wielkie dom by pełen ludzi, krewnych i uciekinierów. Babcia kazała do swojej sypialni wstawić dwa łóżka i przez kilka tygodni ja mieszkałem razem z nimi. Mnie kładziono wcześniej spać, ale one rozmawiały całą noc. Budziłem się i słuchałem tych rozmów. Tak dowiedziałem się masy rzeczy z przeszłości, sięgających lat przed wybuchem rewolucji 1905 r. Dyskutowały, dlaczego Sławek popełnił samobójstwo, zastanawiały się, jak potoczyłyby się wydarzenia, gdyby żył Marszałek Piłsudski”. To była jakaś szkoła dla mnie. Pamiętam, jak babcia mówi „owinęłam cię w pieluszki i posadziłam na browningu. Mama pyta „gdzie posadziłaś?”, Babcia odpowiada „jak to gdzie? Do koszyka. Takiego dużego, plecionego”. Wyjaśnia szczegółowo: „jak trzeba było przenieść broń, ubierałam się w chustę jak wiejska baba, brałam koszyk, na spodzie koszyka były dwa-trzy rewolwery, a na to wszystko wsadzałam ciebie. Gdy mnie zatrzymywali rosyjscy żołnierze, którzy kontrolowali przechodzących ludzi, to szczypałam cię, budziłaś się i płakałaś”. Żołnierze wówczas krzyczeli „paszoł won, ty głupia babo”. W ten sposób przechodziło się przez posterunek. Moja matka tego słucha i nagle mówi „czy wtedy pomyślałaś o tym, co by się ze mną stało, gdyby oni tę broń znaleźli?”. Babcia długo milczy, a potem bardzo wolno mówi „Teraz wszystko trzeba zaczynać od nowa. Sama zrozumiesz”.
M.B: Zaraz po wojnie Pan wstąpił do podziemnej organizacji antykomunistycznej w Sopocie. Co to była za organizacja?
L.M: W szkole próbowaliśmy zorganizować organizację podziemną. Bezpośrednio po wojnie najłatwiej było schronić się na ziemiach zachodnich. Podczas wojny uczęszczałem w tajnych kompletach gimnazjalnych. Tajna Organizacja Nauczycielska, w której od samego początku działał mój ojciec, organizowała podziemne szkoły średnie. Podczas okupacji było ich więcej niż przed wojną, a także w pierwszych latach PRL. Ja, siostra i matka byliśmy na wsi, gdzie też zorganizowano komplety. Matka była bardzo zaangażowana w Armii Krajowej. Po wojnie musieliśmy stamtąd uciekać. Do Warszawy nie mogliśmy wracać, bo było to na widelcu, a poza tym wszystko zburzone. W okresie międzywojennym babcia kupiła mieszkania spółdzielcze dla swoich trzech córek, a za tym przykładem poszły jakieś kuzynki. Razem było chyba siedem mieszkań, wszystkie na Powiślu, w nowoczesnych wówczas budynkach, wznoszonych około 1930 r. Ponieważ ciągle zamieniały się tymi mieszkaniami, do dziś nie wiem, które mieszkanie jest czyje. Po wojnie zostały tylko dwa mieszkania – obecnie moje i mojego brata ciotecznego. Nie miało to dla mnie większego znaczenia, bo z kieleckiego przenieśliśmy się nad morze, do Sopotu. Tam skończyłem szkołę średnią, nauczyłem się żeglarstwa i współorganizowałem tajną organizację
M.B: Na czym polegało uczestnictwo w tej organizacji?
L.M: Na niczym
M.B: Jak to?
L.M: Na rozmowach, co należy robić. Czy rozbić znajdujący się w pobliżu Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, czy w wakacje iść do lasu i stworzyć oddział partyzancki? Ale nie mieliśmy broni. Ulotek tez nie było, bo nie dysponowaliśmy nawet maszyną do pisania. Później niektórzy członkowie tej organizacji trafili do więzienia, bo podobno mieli broń. Nie wiem jednak, czy nie jest to wymysł bezpieki. Ja już wtedy byłem poza Wybrzeżem. Organizacja istniała przez kilka miesięcy, UB szybko ją rozpoznała. Dostaliśmy solidne lanie, ale wypuszczono nas, bo nic nie zdążyliśmy zrobić.
Podobnych szkolnych organizacji było wówczas wiele. Prawie całe społeczeństwo opowiadało się wówczas przeciwko władzy, przywiezionej w sowieckich wojskowych taborach. Później propagandziści PRL nazwali to „antykomunistycznym podziemiem”. Niby, że chodziło o spór ideowy pomiędzy zwolennikami szerokich reform społecznych a obrońcami starego, reakcyjnego porządku. To pokutuje do dzisiaj. Wierutna bzdura. Polska międzywojenna była państwem postępowym, wyróżniającym się pod tym względem w Europie. Jeszcze w listopadzie 1918 r., jako pierwszy kraj na świecie, Polska przyznała kobietom wszystkie prawa polityczne – w tym wyborcze, wprowadziła 8-godzinny dzień pracy oraz szeroko zakrojone prawa pracownicze i socjalne, w tym prawo do strajku. Doszła do tego 1920 r. reforma rolna, przewidująca m. in. parcelacje na rzecz chłopów wszystkich majątków ziemskich powyżej 180 ha. Realizacja była trudna, lecz w ciągu niespełna 20 lat przeprowadzono ją w znacznym stopniu. Podczas wojny, w ramach polskiego państwa podziemnego, przygotowano dalsze reformy, przewidujące nacjonalizację dużych zakładów przemysłowych, obowiązkowe powoływanie robotniczych Rad Zakładowych, a także, jak domagały się lewicowe stronnictwa, poszerzenia parcelacji majątków powyżej 50 ha. Ten ostatni postulat był zresztą niezbyt racjonalny, gdyż w znacznej mierze likwidował produkcję towarową rolnictwa. Małe gospodarstwa jej nie zapewniały, groził niedostatek żywności w miastach i na eksport. Gdy wkroczyły wojska sowieckie, rządząca partia PPR odżegnywała się od komunizmu – i przejęła program wytworzony przez Polskę Podziemną podczas okupacji, wprowadzając tylko inna retorykę, tzw. klasową. Zdecydowana większość społeczeństwa popierała reformy społeczne, choć była przeciw narzuconej władzy. W takiej sytuacji hasła antykomunistyczne stawały się bez sensu; problem ten pojawił się dopiero po 1949 r., gdy PZPR ujawnił swoje prawdziwe oblicze. Wcześniej nikt nie wołał „precz z komuną”, tylko „Płatne Pachołki Rosji”. Okupacyjne wojska sowieckie – regularnej armii i NKWD, początkowo ponad milionowe, następnie kilkuset tysięczne, aż do 1956 r. kontrolowały wszystkie dziedziny życia w Polsce (później PRL była również nie suwerenna, lecz o większym stopniu autonomii) oraz powołany w Moskwie PKWN, później rząd od samego początku stosowały politykę restrykcji i terroru: aresztowano, więziono czy wywożono ZSRR tysiące uczestników AK oraz innych organizacji walczących z Niemcami, a także członków władz i administracji podziemnej. Spowodowało to ponownie krycie się, także w lasach, a później powstawanie oddziałów partyzanckich. Tak wyrosło podziemie zbrojne, o różnych barwach politycznych, lecz ogólnie niepodległościowe, a nie ideologiczne. Nikt nie nazywał ich „żołnierzami wyklętymi”. Termin ten stworzył znacznie później Jerzy Ślaski, wybitny publicysta historyczny, oficer AK i powojennego podziemia niepodległościowego. Na chodziło o przeszłość, tylko o ówczesną teraźniejszość: wyklęci – gdyż cenzura zabraniała o nich pisać, a władze uważały ich za bandytów. Dzisiaj nikt nie zabrania, trudno za wyklętych uważać ludzi, którym zasłużenie wznosi się pomniki. Polacy ich na pewno nie wyklęli, a nakazów komunistycznej cenzury nie ma obowiązku respektować.
Główną organizacją podziemia niepodległościowego był WiN – organizacja polityczna, a nie wojskowa. Jego przywódcy zdawali sobie sprawę – wbrew nadziejom większości Polaków, że mocarstwa zachodnie nie rozpoczną III wojny światowej z ZSRR. Walka partyzancka była skazana na klęskę, stąd konieczność jej samolikwidacji – „rozładowania lasów”. Chodziło o biologiczne przetrwanie Polaków, milionami mordowanych przez nazistów i sowietów. Podczas okupacji niemieckiej Armia Krajowa stała z bronią u nogi. Organizowano oddziały dywersyjne i egzekucyjne, likwidujące gestapowców, zdrajców czy bandziorów, ochraniające drukarnie itd., lecz AK, jako całość pozostawała w konspiracji, szykując się na powstanie. Jeśli ludzie byli zagrożeni aresztowaniem, formowali oddziały leśne. Byli oczywiście tacy, którzy chętnie szli do lasu. Bardzo długo tych oddziałów było niewiele i nie szukały one walki. Ich obecność powodowała, że kapusie, volksdeutsche czy szmalcownicy uciekali z danego terenu, albo kryli się. W sensie psychologicznym partyzantka silnie oddziaływała na społeczeństwo, budziła nadzieję. Dopiero w 1944 roku, w ramach akcji „Burza”, wraz z przesuwaniem się frontu, następowała mobilizacja AK i ujawniania władz administracyjnych. Ci sami ludzie po wojnie nie mieli powodu, by zmienić tę strategię. Bardzo charakterystyczne była rozbicie więzienia w Kielcach, gdzie torturowano i mordowano Akowców. Akcję dowodził Józef Heda „Szary”. Zorganizował duży oddział partyzancki, rozbił więzienie, uwolnił paruset więźniów politycznych (innych nie było), poczym rozwiązał zgrupowanie, a ludzie przeszli do konspiracji.
O istnieniu WiN wiedzieli wszyscy, lecz tylko niektórzy znali jej odezwy i rozkazy. Stąd w licznych środowiskach, zwłaszcza młodzieżowych, zapał do tworzenia organizacji podziemnych, a wśród nich naszej – uczniowskiej. Sytuacja stawała się jednak oraz gorsza: klęska następowała po klęsce. Podziemie zbrojne zostało w swojej masie rozbite w 1947 r., choć pojedyncze oddziały walczyły jeszcze parę lat. Kolejne Komendy Główne WiN wpadały. Nadzieje społeczne skupiły się wokół Mikołajczyka, który latem 1945 r. wrócił do kraju i zorganizował opozycyjny PSL. Był to odważny człowiek i dobry patriota, ale zerowy polityk. Referendum i wybory parlamentarne, z którymi wiązano duże nadzieje, sfałszowano. Po kolei wszystko padało – podziemie, później PSL, wreszcie PPS – partia, która współpracowała z PPR, ale była daleka od komunizmu. Mocarstwa zachodnie – aż do kryzysu berlińskiego w 1948 r., utrzymywały przyjazne stosunki z Moskwą i Stalinem. Wszystkie nadzieje ginęły, nad Polską zasnuwała się czarna noc. Świat uznał, że wszystko jest w porządku, a rządzi nim piątka demokratycznych mocarstw. Wśród nich, na czołowym miejscu, Związek Radziecki.
I nagle – błyskawica nadziei. W tym mniej więcej czasie, kiedy zdałem maturę w 1948 r. i stałem się formalnie dorosły, Moskwa ogłosiła, że Tito, a wkrótce i Gomułka to antysowieccy wrogowie. Krzyczało o tym radio i gazety, Byłem zbyt niedoświadczony i naiwny, aby należycie ocenić tę wiadomości – zwłaszcza, że wszyscy maturzyści gremialnie wstępowali wówczas do ZMP, gdyż warunkowało to dostanie się na studia. Ja poszedłem dalej. Nikomu nie przyznając się w domu, postanowiłem wesprzeć antysowieckiego Gomułkę. Zwróciłem się do jednego z kolegów z klasy – syna przedwojennego komunisty, który kręcił się w tych kręgach – Andrzeja Dobrzyńskiego. Zaprowadził mnie do PPR w Gdyni, bo w Sopocie było wstyd. W tym czasie składałem podanie o przyjęcie na UW. Andrzej orzekł, że muszę mieć mocną opinię. Sam mi ją napisał: aktywny członek Partii, od 1947 roku aktywni działacz ZMW (przybudówka PPR). – Nikt tego nie sprawdzi – powiedział – bądz spokojny. – Nie wiem, czy ta opinia przyczyniła się do egzaminu wstępnego, w każdym razie znalazłem się na studiach – i gorliwie zacząłem przekonywać kolegów, w tym również towarzyszy partyjnych, że należy poprzeć gorąco Gomułkę, gdyż to uczciwy człowiek, wróg ZSRR. Trwało to dość długo, bo od października do grudnia. Nim spadł pierwszy śnieg, zdemaskowano mnie na UW, jako wroga, a co gorsza wysłuchałem przemówienia Gomułki na zjeździe zjednoczeniowym PZPR. Były I sekretarz KC PPR kajał się, mówił, jak bardzo kocha ZSRR i osobiście Towarzysza Stalina – największego przyjaciela Polski. Wtedy dopiero zrozumiałem, że jestem podwójnym głupcem.
Proces wyrzucania z PZPR był długi i bolesny, ale miał swoje dobre strony. Uodpornił mnie całkowicie przed jakimiś oportunistycznymi ciągotami. Gdy w 1956 r. wrócił do władzy Gomułka i opowiadał różne piękne bajeczki, zaś prawie cała Polska śpiewała mu „sto lat” – ja dobrze wiedziałem, kim jest ten sowiecki namiestnik.
M.B: W latach 50. Pan był dziennikarzem w „Życiu Warszawy” i „Dookoła Świata”. Co się Panu najbardziej podobało w pracy dziennikarskiej?
L.M: To środkowe „i” było długie i dość bolesne. Ale zacznijmy od początku: mnie się w ogóle podobała praca w redakcji. Z zawodu jestem dziennikarzem dość wszechstronnym. Mogę pisać reportaże, komentować wydarzenia krajowe czy zagraniczne, przeprowadzać wywiady redagować merytorycznie i łamać technicznie gazetę, tworzyć oprawę graficzną. Te wszystkie czynności mnie bawiły. Studiując na ANP ekonomię, przy okazji uczęszczałem również na działające przy tej uczelni studium dziennikarskie. Latem 1950 r. skierowano mnie na praktykę do RSW „Prasa” – koncernu, z którego dochody szły na rzecz PZPR. Proponowano mi jeden z dwa organów partii – „Trybunę Ludu” albo „Trybuna Wolności”. Wybrałem oczywiście dziennik. Z początku szło mi nieźle: byłem oczytany i pisałem dobrze po polsku. W tym czasie zmieniano w PRL strategię prasową: miało być wolno krytykować biurokratów, nieudaczników, bumelantów i i wszystkich źle pracujących. Przedtem wszystko było cacy. Nowa linia propagandowa nową linią, lecz nikt z doświadczonych dziennikarzy nie chciał pierwszy – dla pewności- pisać krytycznych artykułów. Ja tego nie wiedziałem, zaś „Trybuna Ludu” i partia wzywały do słusznej krytyki. Napisałem reportaż o hotelach robotniczych – że wszy, że pluskwy, że brudno. Skrócili, wyrzucili najbardziej naturalistyczne fragmenty – i wydrukowali. Koledzy zaczęli patrzeć na mnie z szacunkiem; odważny, musi mieć mocne plecy. Ja też zacząłem zadzierać nosa. Trwała wojna koreańska, resztki wojsk Południa z trudem broniły ostatniego przyczółka. Dla własnej wiedzy wziąłem atlas geograficzny, odszukałem bazy amerykańskie w różnych częściach Pacyfiku, przeliczyłem odległości (byłem już doświadczonym morskim żeglarzem) i wypadło mi, że po dowiezieniu wojska, kontrofensywa rozpocznie się 15 października (i tak stało się w rzeczywistości). Teraz, w pełni świadom odniesionego sukcesu dziennikarskiego, iść dalej: opisałem to i zaniosłem do działu zagranicznego. Towarzyszka redaktor przeczytała z zainteresowaniem, ale orzekła, że nie nadaje się do druku – bo cenzura nie przepuści, lecz uznała, że marnuje się w dziale miejskim i załatwi moje przeniesienie do zagranicznego. Bóg wie, co by się dalej stało, lecz Anioł Stróż czuwał nad moim losem. „Głos Ameryki” nadał mój reportaż o hotelach robotniczych, zaopatrując do komentarzem: „Nawet znany dziennikarz reżimowy Leszek Moczulski musiał przyznać, że …”. W ten sposób, mój pierwszy w życiu podpisany imieniem i nazwiskiem artykuł (nie licząc szkolnej gazetki ściennej, którą redagowałem w Liceum) niemalże promował mnie do nagrody Pulitzera. „Trybunę Ludu” mało kto czytał, lecy „Głosu Ameryki” (nie było jeszcze „Wolnej Europy”) słuchali wszyscy. Także towarzysze z Uniwersytetu – i od razu poszedł donos, że „wróg dostał się do redakcji”. Gdy papiery, kim ja naprawdę jestem dotarły do „TL”, wylali mnie w ciągu jednego popołudnia, poddając także osobistej rewizji i nie pozwalając wziąć nawet papierka.
Parę tygodni po usunięciu mnie ze stażu chodziłem bez pracy, lecz mojemu koledze ze studiów, nieżyjącemu już Darkowi Piątkowskiemu, pracującemu w „Życiu Warszawy”, udało się tam wkręcić. Ktoś zwalniał etat, Darek przekonał kierownika działu miejskiego, aby mnie wzięli. Redaktorem naczelnym „ŻW” był Wiktor Borowski, brat potężnego Jakuba Bermana – drugiej osoby w PRL po Bierucie. Wiktor przed wojną był niezaangażowany politycznie, lecz jako brat takiego dostojnika musiał mieć jakieś stanowisko. Od niego zależało moje zatrudnienie. Jak później opowiadała mi sekretarka, zadzwonił do Kasmana – naczelnego „Trybuny Ludu” o opinię o mnie? – To wróg polityczny, ale jako dziennikarz zapowiada się dobrze. Młodszy Berman – ojciec znanego polityka SDP, był uczciwym człowiekiem, wolnym od uprzedzeń politycznych i pomagający ludziom; winny mu jestem wielki dług wdzięczności. Zaprosił mnie do siebie i zadecydował: „dam Panu ten etat, tylko niech Pan żadnego numeru nie zrobi. A na wszelki wypadek niech Pan się inaczej podpisuje”. Wcześniej sygnowałem moje artykuły „lem”, teraz – aby zmylić wszystkich, używałem skrótu Rt. „R” od mojego nieużywanego imienia Robert, „t” od również nieużywanego członu nazwiska – Trzywdar. Tak zaczęła się moja trzyletnia kariera w dziale miejskim. Pisałem głównie o spóźniających się tramwajach i kłopotach przy budowie nowych domów. Była to niezła szkoła dziennikarska, znacznie lepsza, niż w działach politycznych, zajmujących się dętą propagandą. Berman awansował na lepsze stanowisko, a ja powoli zacząłem robić „numery”. Po kolejnym wpadłem. Zmarł Stalin i na jego część nazwaną Katowice Stalinogrodem. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, lecz nowa nazwa była obowiązkowa, a używanie starej groziło karami. Nie chciałem się z tym pogodzić. W reportażu, ukazującym, jak z różnych głupich przyczyn narastało godzinne opóźnienie pociągu, jako stację wyjściową podałem Katowice. Awantura była straszna, wylano mnie z redakcji.
Dwa najbliższe lata mieszczą się w tym malutkim „i”. Ponieważ obowiązywał wówczas przymus pracy, skierowano mnie do jakiegoś wiejskiego pisemka, rzekomo literackiego, którego nikt nie czytał. Poza cenzorami, oczywiście. Szybko dostrzegli, że robię jakieś „numery” – i trafiłem jeszcze niżej, do tzw. wielonakładówek. Były to pisma, wydawane dla załogi różnych przedsiębiorstw. Pracowałem w trzech: budowlanym, produkującym telefony oraz rzemieślniczej spółdzielni pracy – w każdym po kilka miesięcy, bo ich dyrektorzy bali się mieć siebie takiego podejrzanego pracownik. Im gorsza była to praca, tym chętniej wymyślam różne „numery”. Zaczynała się już „odwilż” i pozwoliłem sobie na edycję dość podburzającą robotników. Cały nakład tej gazetki liczył jakieś dwieście egzemplarzy. Ponieważ ktoś usłużny powiadomił dyrektora, co tam jest napisane – ten przyleciał i chciał skonfiskować całość. Właśnie był koniec zmiany i robotnicy wychodzili z fabryki. Schwyciłem całą paczkę i wyrzuciłem w ten tłum przez okno.
Skandal się zrobił wielki, dotarł aż do szczytów władzy, Biuro Prasy KC PZPR skazało mnie na dożywotne zakaz pracy w dziennikarstwie. Jakaś życzliwa dusza załatwiła mi jednak ryczałt w wydawnictwie „Książka i Wiedza”. Przychodziłem do pracy, gdy personel wychodził, żeby mnie nikt nie widział. Moim zadaniem było robienie krótkich notek z wydawanych przez wydawnictwo publikacji. Opisałem, a przy okazji przeczytałem całą bibliotekę klasyków filozofii – wydawaną wówczas przez KiW. Po południu w Wydawnictwie nikogo nie było, w związku z czym towarzysze z różnych instancji partyjnych zbierali się tam poufnie i dość szczerze rozważali sytuację w kraju. To były okolice grudnia 1954 – pierwsze podmuchy października ’56. Przychodzili do pustego o tej porze lokalu, traktowanego trochę jako pomieszczenia KC PZPR, a więc bezpiecznego. Byłem tylko ja – i miałem klucz, widziano we mnie zaufanego. Słuchałem o wszystkich tajemnicach, nadziejach i obawach.
Drugą zaletą było, że szefową kadr wydawnictwa okazała się dawna dziewczyna Marcela Nowotki – organizatora i I sekretarza PPR. Któregoś dnia wezwała mnie do swojego gabinetu. Długo kręciła, wreszcie powiedziała: „Wy jesteście uczciwy człowiek. Opowiem wam ważną tajemnicę. Teraz nie można jej ujawnić. Nie chcę jednak, aby pozostała nieznana. Jesteście młody, doczekacie innych czasów, kiedy będzie można ujawnić prawdę”. Opowiedziała mi, jak było ze śmiercią Nowotki. Pewnego dnia do mieszkania jej matki, w którym ukrywał się Nowotko, przyszedł granatowy policjant i powiadomił, że zameldowany tutaj mężczyzna leży martwy na rogu ulicy i trzeba, aby go zabrała. Obie kobiety pobiegły tam szybko – i w znajdującym się obok sklepiku dowiedziały się o przebiegu strzelaniny. Nowotko przyszedł z innym mężczyzną, zamówili piwo. Trzeci czekał na zewnątrz. Zaczęli się kłócić. Wyszli przed sklepik, a wtedy ten trzeci wyciągnął pistolet i strzelił Nowotce w plecy. Sklepikarka opisała obydwu. Kobiety łatwo rozpoznały morderców. Z Nowotką kłócił się Bolesław Mołojec, rezydent NKWD u Dąbrowszaków w Hiszpanii, komendant główny wojskówki – Gwardii Ludowej PPR. Strzelał jego brat – Edward. Zwykłe porachunki partyjne. PPR ogłosił, że Nowotkę zamordowali Niemcy.
Tak kończyło się Pańskie „i”. Zbliżał się Październik, odwilż przeradzała się w burzę. W ramach „odnowy” powstało „Dookoła świata” – tygodnik robiony „na wzór amerykański”. Kadrowa KiW dobrze znała Jerzego Piórkowskiego – naczelnego pisma, i zapewniła mi kontakt. Ponieważ nadal miałem zakaz pracy w dziennikarstwie, początkowo pracowałem tam „na czarno”. „Dookoła świata” było pismem rozchwytywanym, biło wszystkie rekordy. Napisałem kilka ostrych reportaży, które zrobiły wrażenie w redakcji i na czytelnikach. Po prostu umiałem pisać na wzór zachodni. Wszystko błyskawicznie się zmieniało, zakazy umierały, a ja w kilka tygodni 1975 r. wybiłem się z dna na czołową postać w najbardziej popularnym piśmie w Polsce.
M.B: Wkrótce został Pan aresztowany przez „władzę ludową”. Który Pana tekst się do tego przyczynił?
L.M: Nie tak szybko. Sprawy rozwijały się na dwu płaszczyznach: dziennikarskiej i politycznej. Po przemianach 1956 roku otworzyła się możność pisania w prasie zachodniej. Przez Aleksandra Wołowskiego, dziennikarza „Przekroju” i współpracownika „Dś”, nawiązałem kontakt z „Paris Match” – wielkim magazynem francuskim. Opublikowałem tam kilka dużych, krytycznych artykułów na tematy polskie i sowieckie. Wśród nich o polskim przemyśle lotniczym, który przed wojną rozwijał się znakomicie, a po wojnie został przez sowietów prawie całkowicie zastopowany, a także przecieki z plenum Komitetu Centralnego KPZR. Ponadto udało mi się wyjechać do ZSRR – i przejechać spory kawał tego kraju tak, jak tubylcy. Latem 1967 r. odbywał się w Moskwie Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów, którego przygotowania i przebieg miałem opisać. Owocem tego wojażu było 10 dużych reportaży. Osiem proponowałem różnym redakcjom, wszyscy chwalili, ale nikt nie był na tyle odważny, aby zaryzykować druk. Dwa opublikowałem. W miesięczniku „Radar” zamieściłem dość karykaturalny opis festiwalu „Białe flagi na Czerwonym Placu”, a w „Dookoła świata” pod prowokacyjnym tytułem „To jest Związek Radziecki” – jak się po nim podróżuje. Otóż można samolotem, można też koleją – jak się ma „komandirówkę” i dość siły, aby tygodniami koczować na dworcu, czekając, aż się znajdzie wolne miejsce w pociągu. Zwykli ludzie jeżdżą gruzowikami – ciężarówkami, które wożą piasek z jednego końca ZSRR na drugi, nie wiadomo, po co. Pierwszy reportaż wywołał ostry atak „Komsomolskiej Prawdy”, drugi ostrą notę MSZ.
Inna płaszczyzna – polityczna, była groźniejsza. Gdzieś na przełomie lat 1954/1955 zacząłem montować tajną organizację i przygotowywać pismo podziemne. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Otwierały się jawne drogi działania, ludzie mieli dość konspiracji, ostatni chętni zrezygnowali w 1956 r. Niestety, wiadomość o tej próbie dotarła do bezpieki. W październiku 1957 r. zostałem aresztowany. Moim śledczym był ppor. Zbigniew Pudysz, który karierę zakończył w 1989 r. jako generał i wiceminister Spraw Wewnętrznych. Przez dobre trzydzieści lat bawiliśmy się w policjantów i złodziei; parę razy dostałem za swoje, ale ostatecznie wygrałem ten pojedynek. Pierwsze nasze zwarcie również przyniosło mi sukces: w 1958 r. uniewinnił mnie sędzia Szerer – późniejszy współpracownik KOR.
M.B: Następne kilkanaście lat spędził Pan kierując działem historycznym „Stolicy” oraz był Pan publicystą „Więzi”. Które tematy w „Więzi” Pan podejmował?
L.M: Z „Więzią” – pismem Klubu Inteligencji Katolickiej, tylko współpracowałem. Ponieważ dostałem kolejny zakaz pisania, występowałem pod pseudonimem „Leszek Karpatowicz”. Opublikowałem tam w 1959 r. obszerny artykuł o polskim Planie „Z” (wojny z Niemcami), który był pierwsza krajową próbą pisania prawdy o Wrześniu Bardzo szybko pokłóciłem się z jednak z Tadeuszem Mazowieckim, redaktorem naczelnym „Więzi”. Znałem go jeszcze z Koła Naukowego Prawników Studentów UW. Zlikwidowali je bardzo szybko, bo już w 1949 roku. KIK należał do tzw. koncesjonowanej opozycji, „Więź” była jak na mój gust pismem zbyt ostrożnym. Zdarzyło się, że byliśmy razem z Mazowieckim w tej samej miejscowości – Wildze, na wakacjach. Dużo dyskutowaliśmy, dochodziliśmy do wspólnych ustaleń. Pewnego dnia, po jego powrocie z Warszawy, podekscytowany Mazowiecki mówi mi: „Panie Leszku, nie uwierzy Pan, zaproponowano mi wybór do Sejmu. Podobno to jest pomysł samego towarzysza Kliszki”. Byłem przerażony, wykrzyknąłem: „Panie Tadeuszu, co Pan robi, wydudkają Pana na strychu!”. Spieraliśmy się dobre godziny, skończyła się trzaśnięciem drzwiami.
W „Stolicy” zacząłem pracować później, dopiero w 1961 r., początkowo też „na czarno”. Było to pismo, w którym skupiano ludzi po więzieniach czy zsyłkach, bo po Październiku 1956 r. nie można było im zabronić pracy zawodowej. Wszystkich traktowano, jako politycznie podejrzanych; znany propagandysta PZPR i wybitny grafoman Putrament kiedyś napisał: „To nie „Stolica” a „Zaścianek”. Rzeczywiście, staraliśmy się przemycić przez cenzurę, co sie tylko da. Ja prowadziłem po Władysławie Bartoszewskim, , który przeszedł do „Tygodnika Powszechnego”, dział historyczny.
M.B: Powróćmy do konspiracji. Połowa lat 60. to moment, gdy aktywnie uczestniczy Pan w pracach nurtu niepodległościowego.
L.M:: Po wyjściu z więzienie doszedłem do wniosku, że samotne próby tworzenia jakiejś grupy konspiracyjnej nie mają sensu. Wiedziałem, przez powiązania rodzinne, że odbudowuje się „nurt niepodległościowy” (to nazwa, ale pisana z małych liter!) – podziemne sprzysiężenie piłsudczyków. Zimą na 1959 r. zostałem przyjęty i złożyłem ślubowanie. Geneza „nn” sięgała lat przed pierwszą wojną światową, byli w niej jeszcze ludzie, którzy walką o niepodległość zaczęli w 1905 r. – jak np. płk. Antoni Sikorski, aktywny przez kilkadziesiąt lat, aż do śmierci (zmarł w początku 1988 r.).
M.B: Kto był jej przywódcą?
L.M: Sam chciałbym to wiedzieć. Józef Piłsudski. (śmiech). Prawdopodobnie w czasie istnienia POW, powstał wąski krąg konspiracyjny, zamknięte wewnętrzne środowisko. Parokroć „nn” przerywał działalność, lecz później wznawiał. Po drugiej wojnie ludzie z „nn” działali w różnych instytucjach, zwłaszcza w WiN i Konwencie Organizacji Niepodległościowych. Po 1956 r., gdy wyszli z więzień albo przetrwali w głębokiej konspiracji, szybko odbudowali „nn”. Proszę pamiętać, że wszyscy byli niejako zawodowymi konspiratorami. Potrafili utrzymać wszystko w tajemnicy. Przekładowo, na konspiracyjne spotkania używali tylko raz jakiegoś lokalu. Nikt nie przedstawiał się nazwiskiem, a pseudonimami bardzo rzadko, jeśli było to konieczne. Oczywiście, byli to ludzie znający się od lat, lecz my – młodzi członkowie co najwyżej domyślaliśmy się, z kim rozmawiamy. Pytanie o nazwisko, dowiadywanie się, kto jest szefem jakiejś grupy było niemożliwe. Spotkania odbywały się na ogół w grupach trój-osobowych, a ich przygotowanie mogło trwać parę tygodni. Ponieważ główną treścią naszej aktywności przez wiele lat było tworzenie prognoz politycznych i szczegółowe opracowywanie form zróżnicowanych form działania, wykluczało to w istocie nagłe akcje. Dwa główne zagadnienia, które badaliśmy, dotyczyły przypuszczalnego okresu, w którym społeczeństwo polskie dojrzeje do masowego wybuchu, oraz odczytanie, w jakim momencie powstanie sytuacja międzynarodowa, w której ZSRR zbliży się do progu katastrofy potencjałowe, będzie zabiegać o od-angażowanie w Europie i rozwijać ekspansję na jednym z kierunków azjatyckich. W „|nn” obowiązywała zasada „koniecznej informacji”- „możesz wiedzieć tylko to, co jest potrzebne”. Przestrzeganie ścisłej konspiracji spowodowało, że bezpieka nigdy „nn” nie rozgryzła, choć domyślała się, że wewnątrz środowiska piłsudczykowskiego działa jakaś bardzo utajniona konspiracja. Używało określenie „legioniści”. Ja działałem na kilu odcinkach. Uczestniczyłem w Akcji Historycznej, późnie byłem jej kierownikiem, funkcję tę przekazałem Andrzejowi Szomańskiemu, gdy zostałem szefem komórki, przygotowującej powstanie jawnej, niepodległościowej partii politycznej. Uczestniczyłem również w różnych zespołach, badających poszczególne zagadnienia merytoryczne. Pracę przynajmniej niektórych z nich koordynował płk. Pluta-Czachowski. Wiem również, że generał Abraham prowadził pion obejmujący bieżące działania: KAH oraz Centralizację – komórkę, organizującą pielgrzymki, tablice pamiątkowe, obchody świąt patriotycznych itd. Plutę i Abrahama poznałem przed przyjęciem do „nn” i bez związku z tą organizację, stąd znałem ich nazwiska.
M.B: Pan uczestniczył również w ROMBIE.
L.M: To kryptonim kierownictwa „technicznego Nurtu Niepodległościowego” – podziemnej bazy szykowanego wówczas Ruchu Obrony. Fonetyczna zbieżność „nn” i „NN” miała zmulić bezpiekę – co się udało. ROMB powstał wiosną 1976 r., w jego pierwszym składzie obok mnie byli Andrzej Czuma, Janek Dworak i Maciek Grzywaczewski. Organizacja była konspiracyjna, ale nie tak krańcowo, jak „nn”. .
M.B: Co było głównym impulsem powstania KPN?
L.M: Dążenie do wyzwolenia spod hegemonii ZSRR – co było głównym dążeniem „nn”. Komórka przygotowawcza powstała zimą 1969/1970, kierownictwo operacyjne o kryptonimie „Konwent” w 1974 br., decyzja rozpoczęcia formowania Ruchu Obrony (synonim „ruchu oporu”) we wrześniu 1975 r., „NN” wiosną 1976 r., „Ruch Obroni Praw Człowieka i Obywatela w Polsce” w marcu 1977, „Wolne Związki Zawodowe” w lutym 1978 r., założenia programowe „Rewolucja bez rewolucji” ogłosiliśmy w czerwcu 1978 r., różne grupy polityczne powstały w 1978-1979 i połączyły się w KPN 1 września 1979 r. W sumie przegotowania i organizacja partii niepodległościowej trwała siedem lat.
M.B: Czy KPN można uznać za partię lewicową czy też może prawicową?
L.M: Jak sama nazwa wskazuje – Konfederacja to jest związek różnych grup politycznych. Przyjęliśmy taką nazwę, bo ruch piłsudczykowski nie lubi słowa „partia”. Chcieliśmy stworzyć partię ze względów prawnych, bo ustawodawstwo PRL nie przewidywało żadnego organu kontrolującego partie polityczne.. KPN składał się z grup politycznych, różniących się charakterem i zaangażowaniem ideowo-politycznym: byli socjaliści, ludowcy w różnych odmianach, piłsudczycy- nie lewicowi ani prawicowi, narodowcy klasyczni i konserwatywni. Grupie nawiązującej do tradycji Narodowo-Demokratycznej przewodził Romuald Szeremietiew.
M.B: Od 1989 do 1991 roku były dwa rządy po części komunistyczne. Jaki był stosunek KPN do rządów Bieleckiego i Mazowieckiego?
L.M: Trudno je nazwać „po części komunistyczne”. Były to niewątpliwie rządy demokratyczne, jakkolwiek przez pierwsze parę miesięcy uczestniczyło w nich paru ministrów z PZPR, z dnia na dzień tracących na znaczeniu. O polityce rządu decydowali przedstawiciele antykomunistycznej opozycji typu „korowskiego”, centrolewicowi katolicy oraz liberałowie; gabinet miał poparcie Kościoła. KPN był w stosunku do tego rządu w opozycji, co nie znaczy, że nie ceniliśmy ich pozytywnego wkładu zarówno w obalenie komunistycznej dyktatury, jak w przywracaniu demokracji. Główne zastrzeżenia mieliśmy wobec nadmiernie ostrożnej polityki wobec ZSRR oraz do skrajnie liberalnej polityki gospodarczej.
Zagadnienie jest jednak szersze. Zacznijmy od Okrągłego Stołu. Nasz stosunek do tej inicjatywy był bardzo krytyczny; uważaliśmy, że warunki dojrzały do żądań znacznie dalej idących, które władza powinna spełnić przed podjęciem jakichkolwiek rozmów. Okrągły Stół popierał mainstream opozycji, cieszący się pełnym poparciem Kościoła. Ta formacja była bardzo silna. Wystarczy wspomnieć, że „Solidarność” otrzymywała rocznie pomoc w wysokości miliona dolarów (na czarnym rynku wartość dolara wynosiła wówczas 800 zł), formalnie ze strony związków zawodowych USA – i nie była to jedyna dotacja. My w tym czasie mogliśmy liczyć tylko na datki – i to na ogół otrzymywane od niezamożnych osób. Dysproporcja sił była wielka, nasze przeciwstawienie się głównemu nurtowi opozycji i wspierającego go Kościołowi nie miało szans i było korzystne tylko dla komunistów. Ponadto, skromne nawet ustępstwa, uzyskane przy Okrągłym Stole, pomagały osiągnąć nasz główny cel: obalenie PRL i uwolnienie Polski spod hegemonii sowieckiej. Dlatego w grudniu 1988 roku zawarliśmy porozumieliśmy się z przedstawicielami głównego nurtu opozycji – Mazowieckim i Geremkiem (obu znałem jeszcze z UW). My zobowiązaliśmy się nie przeszkadzać w organizacji Okrągłego Stołu, oni podnieść w rozmowach nasz postulat, opublikowany jeszcze wiosną 1975 r. doprowadzenia do wyborów do parlamentu, które w 5O% miałyby być wolne. Nasze stanowisko zostało poparte przez zdecydowaną większość prawicowych i niepodległościowych grup i organizacji opozycyjnych, również przeciwnych uczestnictwu w Okrągłym Stole. Komuniści starali się ograniczyć to nasze żądanie i wymyślili trick z powołaniem Senatu o minimalnych kompetencjach, co spowodowało, że mniej więcej połowa mandatów parlamentarnych pochodziła z wolnych wyborów. Machnęliśmy na to ręką, gdyż wiedzieliśmy, że będzie to katastrofalna klęska PZPR. Tak się i stało, komuniści nie byli w stanie sformować rządu i oddali ster władzy zwycięskiemu Komitetowi Obywatelskiemu.
Mazowiecki, już jako premier, natychmiast zaprosił do rozmów przedstawicieli dwu istniejących wówczas niezależnych partii politycznych KPN i PPS, czyli mnie i Jana- Józefa Lipskiego. Poinformował nas, że głównym założeniem jego rządu jest przywrócenie demokracji w Polsce. Prosił o pomoc. Odpowiedziałem mu: „Dobrze, Panie premierze, w tym będziemy Pana popierali. Proszę mi jednak powiedzieć czy Pana stosunek do KPN będzie taki sam jak do PZPR?”. Zdziwiony Mazowiecki wyjaśnił „Kilku ministrów w rządzie wezmę z PZPR, a z KPN nie będę miał i nie chcę mieć”. Podziękowałem mu za szczerość i wyjaśniłem: „dobrze, to my się zajmiemy PZPR-em”. Premier nie potraktował tego poważnie. „Panie Leszku, co Pan opowiada? Co KPN może zrobić?”.
Jeszcze przed 1975 r. rozważaliśmy m. in sytuację, gdy władza komunistyczna będzie tracić władzę, ale zachowa potężne struktury partyjne. Konieczne było uderzenie w ich psychikę, aby wszyscy zrozumieli, że to już koniec komunistycznej władzy w Polsce. Uznaliśmy wówczas, że optymalnym rozwiązaniem, łamiącym ostatecznie kręgosłup moralny PZPR., będzie zajmowania komitetów partyjnych – twierdz PZPR rozsianych po całym kraju. Teraz nadszedł czas realizacji. Odczekaliśmy, aż nowy rząd ustabilizuje się, poczym zajęliśmy 44 komitetu partyjne PZPR, w tym Komitet Centralny i większość komitetów wojewódzkich.
Przebieg takiej akcji dobrze ukazuje przykład Lublina. Miejscowy KPN odczekał kilka dni, aż w budynku KW rozpoczęła się narada wszystkich sekretarzy komitetów gminnych i fabrycznych z województwa – razem ok. 200 osób. W trakcie tych obrad, Dariusz Wójcik z czterdziestoma ludźmi weszli do budynku. Jedna grupa zajęła sekretariat i centralę telefoniczną, druga zaczęła wywieszać przez okna płachty z hasłami KPN. Trzecia grupka -około pięciu ludzi, weszła na salę. Zabrali zamarli, a w ogromnej ciszy Darek – drobny i niski chłopaczek, podszedł do mównicy i poprosił przemawiającego – który stracił głos w gardle: „Bardzo Pana przepraszam, proszę zejść”. Gdy ten zemknął, Darek zajął jego miejsce, rozejrzał się i powiedział donośnym głosem: „Konfederacja Polski Niepodległej przejęła ten budynek na cele społeczne. Proszę spokojnie, bez żadnej paniki opuścić salę. Już się tutaj wszystko skończyło”. Z sali rozległy się ciche okrzyki „towarzysze nie dajmy się sprowokować”. Partyjniacy grzecznie się rozeszli. Opuszczali oczy na widok konfederackich transparentów zwisających z okien byłego Komitetu oraz tłumu, który zebrał się spontanicznie. Łatwo domyślić się, o czym myśleli: „Wszystko szlag trafił, to już koniec”. I rzeczywiście, to był prawdziwy koniec komunizmu w Polsce.
Pierwszym budynkiem, który opanowała grupa KPN kierowana przez Krzysztofa Króla, był budynek Frontu Jedności Narodowej w Alejach Jerozolimskich w Warszawie.
M.B: Władze nie reagowały?
L.M: Mój przyjaciel Olek Hall – wówczas minister do spraw politycznych, wnioskował, żeby wysłać milicję. Minister Kuroń go popierał. Kiszczak wziął się za głowę i lamentował „to już jest koniec”. Pierwszego dnia milicja pojawiła się i pertraktowała, aby opuścić pusty już budynek. Później już nie. Gdy grupa KPN weszła do olbrzymiego budynku KC PZPR na rogu Nowego Światu, ostatni partyjniacy uciekali w popłochu tylnym wyjściem. Przeznaczony na cele społeczne gmach został przekazany Uniwersytetowi Warszawskiemu.
Po atakach na lokale PZPR, zabraliśmy się za bazy sowieckie. W jakimś wywiadzie Premier Mazowiecki powiedział, że „w naszym interesie jest pozostanie Armii Czerwonej w Polsce”. Rządy zachodnie gotowe były zgodzić się na pozostanie Czerwonej Armii w NRD. Nasza reakcja była ostrożna: najpierw w Legnicy rozpoczęła się głodówka dwu osób, domagających się ewakuacji sowietów. Żadnej wrogiej reakcji. Potem, wsparci przez tłum i uczestników innych grup politycznych, konfederaci wypędzili pracowników biura zewnętrznego Armii Czerwonej do kontaktów z Polakami, pozostawiając pusty budynek. Zadzwonił do mnie Mazowiecki. Mówię mu: „ludzie się denerwują, kiedy ci Rosjanie wyjdą.”. Mazowiecki pyta: „co robić, musimy to zatrzymać. Czy Pan nam pomoże?”. Odpowiadam „bardzo chętnie”.