PUBLICYSTYKA

Zawiedzione nadzieje vs. lewacki walec

Od dawna powtarzam, że rządy PiS i ich wasali były rządami zawiedzionych nadziei i zmarnowanych szans. Daleki byłem jednak od odmrażania sobie uszu na złość PiS, bo należąc do mniejszościowej w Polsce grupy osób uważnie obserwujących rzeczywistość wiedziałem, że rządy PO i wasali będą jeszcze gorsze. Trzeba po prostu przypominać błędy i naciskać na decydentów, by się nie powtórzyły.

Zastanawiałem się, jak określić rządy teoretycznie koalicyjne na czele najpierw z PiS, a teraz PO. Bo, choć formalnie składały się z przedstawicieli różnych środowisk, to praktyka pokazuje, że niespecjalnie różnią się od rządów monopartyjnych. Koalicjanci – najpierw PiS, a teraz PO – mogą mieć prywatnie różne poglądy, ale o polityce rządu decydują liderzy głównych partii rządzących. Tak było, gdy politycy nieistniejącej już Suwerennej Polski słusznie krytykowali premiera Morawieckiego np. ws. KPO i nie miało to wpływu na politykę rządu, jak i teraz nie mają na politykę rządu wpływu słowa Szymona Hołowni, że Spółki Skarbu Państwa powinny zostać odpartyjnione, albo że media publiczne nie powinny być pod zarządem jednej partii.

Doszedłem więc do wniosku, że będę te podmioty określał mianem wasali. Koalicjantami nie były i nie są. To tak drogą wstępu i, aby nie było niedomówień.

Wymiana Szydło na Morawieckiego. Co z relacjami z UE?

Dlaczego uważam, że rządy PiS i wasali charakteryzowały się zawiedzionymi nadziejami i zmarnowanymi szansami? Można je podzielić na dwa etapy – pierwszym były rządy na czele z Beatą Szydło, które charakteryzowały się powrotem do idei państwa solidarnego (zestawianego już w czasie pierwszych rządów PiS z państwem liberalnym), a drugim te na czele z Mateuszem Morawieckim, który był przedstawiany jako ten, który bardziej profesjonalnie podejdzie do spraw finansów i gospodarki, poza tym naprawi relacje z UE.

Dziś wiemy, że rząd premiera Morawieckiego nie tylko nie naprawił relacji z UE. Gorzej! Nie realizując tego celu pozwolił na trwałe osłabienie pozycji Polski w UE, co stało się m.in. przez KPO. O ile w przypadku polityki w kontekście pandemii mógłbym rządzących tłumaczyć, że musieli działać w obliczu nagłych i nieprzewidzianych wydarzeń, a dopiero po czasie możemy mieć większą pewność co do tego w jakim kierunku należało iść, o tyle ws. KPO czy Zielonego Ładu i tego typu unijnych polityk nie tylko były osoby i środowiska, które od początku miały lepsze rozwiązania, ale też publicznie wskazywały rządowi Morawieckiego błędy. Bezskutecznie. Rząd Morawieckiego wolał iść swoją błędną drogą, a po przegranych wyborach liderzy PiS byli zaskoczeni, czemu to nie dało im wyborczego zwycięstwa.

Już nawet mniejsza o to, że taka polityka odebrała PiS-owi trzecią kadencję. Choć pewnie politycy PiS polemizowaliby z umniejszaniem rangi tej sprawy. Natomiast przede wszystkim to postępowanie trwale osłabiło pozycję Polski w UE. W przypadku PiS mamy wręcz do czynienia ze spiralą osłabiania pozycji Polski w UE, bo najpierw zgodzili się na traktat lizboński (tak, pamiętam, że część PiS głosowało przeciw, jednak traktat zyskał poparcie trzonu PiS oraz podpis Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego). Co więcej, do dziś pamiętam, że wówczas Prezydent RP Lech Kaczyński przekonywał, że wynegocjował to, co chciał i w sumie, to traktat lizboński nie jest taki zły. Tymczasem to rozwiązania wprowadzone za sprawą traktatu lizbońskiego sprawiły, że rząd Morawieckiego miał ograniczone pole manewru w walce o polskie interesy w UE. Jednak, zamiast te interesy obronić, pozwolił na jeszcze większe ograniczenie tego pola manewru za sprawą KPO, mechanizmu praworządności czy uwspólnotowienia długu. Zarówno Morawiecki, jak i Kaczyński wyrażali też publicznie poparcie dla idei armii europejskiej, ale całe szczęście pomysł ten dotąd nie został zrealizowany.

Wspólnymi wysiłkami braci Kaczyńskich, Mateusza Morawieckiego oraz ich współpracowników i oczywiście Donalda Tuska oraz jego współpracowników, przez dwie dekady od 2005 do 2025 roku istotnie osłabiono pozycję Polski w UE. Tyle, że o ile w przypadku Tuska i jego przybocznych było to do przewidzenia, o tyle PiS podbudzał nadzieję na inną politykę. Dlatego rządy PiS uważam za rządy zawiedzionych nadziei i straconych szans.

PiS za czy przeciw zalewowi migrantami?

Innym aspektem zawiedzionych nadziei i straconych szans była polityka migracyjna rządów PiS. Pamiętam, że w kampanii 2015 roku sprzeciw wobec przymusowej relokacji migrantów był jednym z ważnych tematów. Tymczasem w latach 2015-2023 polityka migracyjna Polski pod rządami PiS była zorientowana na przyjmowanie migrantów ekonomicznych, głównie z Europy Wschodniej i Azji. Polska stała się liderem w Unii Europejskiej pod względem liczby wydanych zezwoleń na pracę dla cudzoziemców spoza UE.

Znam argument polityków i zwolenników PiS, że przecież migranci-pracownicy to nie to samo, co nielegalna relokacja migrantów. Jest jednak pewien szczegół. Temat relokacji nielegalnych migrantów to sprawa ostatnich lat. Zalew falami migrantów niewątpliwie pogorszył sytuację w UE, ale na taki efekt złożyło się kilka dekad błędnej polityki migracyjnej poszczególnych krajów. Czego dotyczyła? Tu mam złą wiadomość dla PiS, bo sprowadzania migrantów z obcych kulturowo kierunków, jak Afryka i Azja, w celu zapełnienia luk na rynku pracy. Czyli dokładnie to samo, co robił rząd PiS.

Strategia pro-life, to znaczy jej brak

Nie mógłbym też pominąć innego aspektu zawiedzionych szans czasów rządów PiS, jakim jest polityka pro-life. Tym bardziej, że politycy z trzonu PiS dziś starają się przekonywać, że to wyrok TK ws. aborcji stanowił gwóźdź do ich trumny i ważny powód utraty szans na trzecią kadencję. Tymczasem problem tkwi zupełnie gdzie indziej.

Rozumiem, że PiS, poza skrajnymi skrzydłami, jest partią z zasady centrową czy centroprawicową. Wywodzi się przecież z Porozumienia Centrum. To musi się przejawiać w bardziej umiarkowanym światopoglądzie. Jednak także wśród organizacji pro-life są spory i podziały światopoglądowe. Pro-life można by podzielić na twardą i miękką strategię. Znam dobrze organizacje, które od lat konsekwentnie wdrażają jedną, ale też takie, które drugą. Z natury rzeczy PiS zapewne bliższy byłby tej miękkiej strategii. Problem w tym, że stojąc w 2015 roku przed wyborem na zasadzie albo-albo, nie wybrał nic.

PiS nie realizował żadnej strategii pro-life. Odrzucał zarówno tą twardą, odrzucając lub mrożąc projekty ustaw jednoznacznie zwiększające prawną ochronę życia, jak również tą miękką strategię. To tak, jakby rząd stanął przed dylematem, czy skupić się na obronności czy na gospodarce, a olał i jedno i drugie.

Postępowanie PiS było tym bardziej kuriozalne, że w 2016 roku ówczesna premier Beata Szydło niejako dawała sygnał do wdrażania tej miękkiej strategii pro-life. Wówczas PiS wyrzucił do kosza obywatelski projekt środowisk pro-life, a premier Szydło z mównicy sejmowej złożyła 3 obietnice. Pierwszą był program “Za życiem”. Drugą było zapewnienie środków na jego realizację. Z tym poszło dosyć gładko. O trzecim postulacie dziś PiS nie chce pamiętać. Udaje, że go nie było. Dlaczego? Nie jestem w stanie tego zrozumieć, bo to niewytłumaczalne i wygląda jak celowy sabotaż.

Trzecim postulatem, jaki postawiła w 2016 roku premier Szydło była “szeroko zakrojona” kampania społeczna pro-life. Był to logiczny skutek odrzucenia przez PiS twardej strategii pro-life. Nic z tym jednak nie zrobiono. W międzyczasie powstała oddolna inicjatywa prawicowych posłów, wniosku do TK ws. aborcji eugenicznej. Tu znów PiS stanął przed wyborem na zasadzie albo-albo i znów nie wybrał ani jednego, ani drugiego. Mógłbym docenić PiS za konsekwencję chociaż w tym zakresie, ale tutaj akurat ma zastosowanie powiedzenie, że trwać w błędzie jest rzeczą diabelską.

Kierownictwo PiS wobec oddolnej inicjatywy wniosku do TK miało do wyboru dwie opcje. Pierwszą było mrożenie jej w nieskonczoność, tak jak pozostałe projekty pro-life i udawanie, że tematu nie ma. Do pewnego momentu tak robiono. Drugą opcją było pozwolenie na wydanie przez TK wyroku w tej sprawie, jednocześnie przygotowując i wdrażając strategię pro-life, żeby we właściwym momencie móc powiedzieć: szanujemy Konstytucję, natomiast konsekwentnie wdrażamy rozwiązania, których celem jest otoczenie matek opieką państwa, wsparcie dla osób niepełnosprawnych itp. tak, by nikt nie czuł się zostawiony sam sobie, albo postawiony przed zbyt trudnym wyborem.

Tymczasem kierownictwo PiS postanowiło zastosować strategię łączącą te dwie opcje. Konkretnie wady obu rozwiązań. Z jednej strony nie przygotowało i nie wdrażało w odpowiednim momencie strategii, z drugiej odmroziło wydanie wyroku TK. Efekt był do przewidzenia. Nieprzygotowanie do wojny nie oznacza, że ona nie nastąpi, tylko, że straty będą bardziej dotkliwe. “Ulica i zagranica” ostrzeliwała więc PiS, rozszerzając zarzut na całą prawicę, korzystając z podrzuconej przez PiS amunicji, zarzucając bezduszność, niewystarczające wsparcie dla matek, niewystarczającą pomoc niepełnosprawnym.

Po wyroku TK w 2020 roku rząd Morawieckiego zdawał się być zaskoczony, zdawał się dopiero siadać do poszukiwania rozwiązań. Rząd realizował strategię imienia Grzegorza Brauna. Zamiast konsekwentnie realizować długofalową politykę, dopiero gdy pojawił się dym, zaczęto w popłochu biegać w tę i we wtę w poszukiwaniu gaśnicy. Gdyby choć wtedy zaczęto niezwłocznie realizować zaprezentowane rozwiązania z zakresu pomocy matkom czy niepełnosprawnym, ale nie. Czekano kolejne miesiące i wdrażano to powoli. Z perspektywy rządzących, prawicy jako takiej, czy postaw pro-life nie ma żadnego argumentu za słusznością tak nieudolnego i powolnego postępowania. Słuszności i zasadności możemy się doszukać jedynie, gdy założymy, że był to celowy sabotaż, mający za zadanie ośmieszyć i pogrążyć idee prawicowe. Tak, jakby ekipie Kaczyńskiego-Morawieckiego zależało bardziej na tym, żeby w razie przegranej w wyborach (w czym niekoniecznie kwestia aborcji musiała być decydująca) móc przekonywać społeczeństwo, że polityka pro-life jest nieopłacalna i należy od niej odejść, a nie na skutecznej polityce i trzeciej kadencji.

Rządy mierne vs. jeszcze gorsze

Po ośmiu latach miernych rządów PiS, w październiku 2023 roku jako polskie społeczeństwo stanęliśmy przed wyborem – co dalej. Można było rozważyć, czy jest szansa na lepsze rządy, albo czy wobec braku lepszych opcji należy postawić na kontynuację. Tymczasem jako społeczeństwo postanowiliśmy w miejsce miernych rządzących wybrać tych, którzy już wcześniej się nie sprawdzili i po których można się było spodziewać, że będą rządzili jeszcze gorzej. Te przewidywania teraz się spełniają.

Pewnie musiałbym napisać oddzielny artykuł, albo i całą książkę, żeby wyjaśnić zjawisko tego, że jako społeczeństwo podejmujemy błędne decyzje, a także, kto bardziej ponosi za nie odpowiedzialność. Zdaję sobie sprawę, że na decyzje społeczne wpływają rozmaite czynniki wewnętrzne, ale czy to wystarczający powód, by stwierdzić, że błąd był przesądzony i jako społeczeństwo nie byliśmy w stanie go uniknąć?

Niezależnie od tego, gdyby nie błędy rządów PiS, o zmianę władzy w 2023 roku byłoby znacznie trudniej. Jedne błędy były niewytłumaczalne i w pełni przez PiS zawinione – część z nich wspomniałem w tym artykule. Inne można by tłumaczyć jakimiś obiektywnymi przeszkodami i uznać za nieuniknione. Przede wszystkim trzeba o nich mówić, pamiętać o nich i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Żadne rządy nie są wieczne i musimy już patrzeć w perspektywie tych kolejnych, które odsuną PO i wasali od władzy. Jeżeli tego nie zrobimy, to nie liczmy, że tym razem będzie inaczej. Unikając wyciągania wniosków z błędów prowadzimy do tego, że kolejne centroprawicowe rządy znów będą rządami zawiedzionych nadziei i zmarnowanych szans.

Może też powinniśmy jako społeczeństwo otworzyć się na nowe środowiska i nowe twarze w polityce. Dosyć dobrze już wiemy, czego można się spodziewać po środowiskach kierowanych przez Tuska i Kaczyńskiego, ale też przez postkomunistów pod różnymi szyldami (ostatnio Nowej Lewicy) oraz PSL. Większą niewiadomą są środowiska kierowane przez Mentzena i Bosaka, Zandberga, czy Kukiza i Ardanowskiego. Wybierając spośród wąskiej grupy wielu z nas jest przeświadczonych, że inna polityka nie jest możliwa. To jednak nie przez niemożność innej polityki ona się nie dzieje, ale przez to, że wybieramy ciągle te same środowiska. Robiąc w kółko to samo nie można oczekiwać innego efektu.

Paweł Kubala

Paweł Kubala

Politolog. Wiceprezes Stowarzyszenia „Wiara i Czyn”.


error: Zawartość jest chroniona!!