#SummitTrumpKim
Dużo jest spotkań polityków na szczycie, w samym tym roku było już ich tyle, że połowy nie pamiętam. Powiedziałbym, że nawet więcej niż połowy. Ale spotkania na szycie, które są historyczne i zapisują się wielkim literami zdarzają się rzadko.
W ostatnich latach było mało wydarzeń w dyplomacji, które by mogły przejść do historii. Nie można pominąć oczywiście sukcesu administracji amerykańskiej, która otworzyła ambasadę na Kubie. Po ponad 60 latach niebytu. Oczywiście to zasługa prezydenta Obamy, który wtedy stał na jej czele.
Jednak to nic w porównaniu do tego co miało miejsce w ostatnich dniach. Prezydent Donald J. Trump spotkał się z Kim Dzong Un’em. Wiele z was pewnie widziało te informację już wcześniej w interncie czy telewizji. Ale pewnie większość z was nie zdaje sobie sprawy z rangi tego wydarzenia. Korea Północna była jednym z najzacieklejszych wrogów Stanów Zjednoczonych od lat. A dokładnie rzecz ujmując od odłączenia się Północnej części kraju.
Postaram się szybko nakreślić historię Korei. A więc na początku istniało Cesarstwo Koreańskie, które zaanektowała Japonia. Ta zaś, po kapitulacji w trakcie trwania II wojny światowej, wpadła w ręce Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych. Stąd też wzięły się dwie strefy wpływów na Półwyspie Koreańskim:, jak łatwo się domyślić północ rosyjska, południe amerykańskie. W południowej części kraju zaczął rządzić Li Syng Man z antykomunistami, natomiast na północy Kim Ir Sen – dziadek Una. Później w 1948 r. zarówno południe i północ ogłosiły niepodległość i nic by nie było w tym dziwnego gdyby nie to, że każdy z tych dwóch ww. panów uważał się za przywódcę i rościł sobie prawo do zarządzania całym terenem Korei. Rozpoczęły się starcia doprowadzając do Wojny Koreańskiej, na która zareagowało ONZ wysyłając w rejon działań siły międzynarodowe, składające się głównie z amerykanów.
Historia ciekawa i warto ją prześledzić. W każdym razie Północni Koreańczycy znienawidzili Amerykanów, do tego stopnia, że zrobili z nich sprawców wszelkiego zła. Nawet dzieci w szkole uczyły się matematyki na zabitych amerykańskich żołnierzach. Propaganda, która tam była zatruwała umysły obywateli. Wywyższała też oczywiście potęgę Korei do niebotycznych rozmiarów, obywatele wierzyli, że ich „mocarstwo” jest w stanie stawić czoła każdemu. Szczerze to podejrzewam, że sam Kimowie prócz Un’a wierzyli w to. Mieszkańcy Północy nie znali innego świata niż ten, który był im dany przez wodza i partie. Wszędzie był porządek, trawniki i krzewy równo przecięte, ulice posprzątane. Ludzie jeździli rowerami zamiast chodzić, spytacie czemu ? Ponieważ jak człowiek idzie to ma czas na myślenie, a rowerem szybko przemknie i się nie zastanawia. Tam każda godzina obywatela była zaplanowana, każdy miał zajęcia szkolne/zawodowe i poza nimi też się udzielał we wszelkiej maści społecznych czynach.
Świat ten wyglądał jak książka Georga Orwella 1984 rok, tylko zamiast Wielkiego Brata był Kim Ir Sen. Który uznał się za prawie boga i nie przesadzam tutaj. Jego kult był tak duży, że uważali go za nieśmiertelnego, każdą rzecz jaka była za jego pośrednictwem zrobiona była upamiętniana.
Przypomina mi się pewna historia… Pewnego dnia żona Kim Ir Sena postanowiła udać się na długi spacer i kiedy już jakiś dystans od domu, przypomniało jej się, że nie zrobiła obiadu dla męża. Wtedy targana myślami podjęła jedyną słuszną decyzję jaką mogła i wróciła się do domu by przyrządzić obiad. Nic by w tym dziwnego nie było, gdyby nie to, że w miejscu gdzie ona się wróciła został postawiony pomnik upamiętniający to wydarzenie. Wielki kamień na którym jest wyryta ta historia. Niestety Kim Ir Sen okazał się być śmiertelny i zmarł. Wtedy jego syn Kim Dzong Il objął przywództwo, również kult otaczający jego ojca spadł na niego. Jak się można domyśleć jego też traktowali jak nieśmiertelnego i ku wielkiemu zdziwieniu też zmarł. Jak domyśleć się można był synem swojego ojca i tak samo z Un’em. Jednak Un był już innym człowiekiem, niż jego dziad i ojciec. Studiując na zachodzie zobaczył jak wygląda wolny świat, gdzie ludzie robią to na co mają ochotę, gdzie oglądają to co mają ochotę i mówią co myślą, co niekoniecznie jest po linii rządzącej partii. Będąc studentem w Szwajcarii pod zmienionym imieniem i nazwiskiem zobaczył też na jakim poziomie ludzie żyją, jak państwa zachodnie są bogate. Powiedzieć bym mógł, że zachłysną się zachodem, oczywiście nie całym bo gdzie tam liberalizm, tylko tym co mu się podobało. Zaraził się pasją do sportu, dokładnie do koszykówki, uwielbiał ją oglądać, nawet Dennis Rodman go parokrotnie odwiedzał i twierdził, że są przyjaciółmi.
A co do Rodmana to śmieszna sytuacja… Rodman był osobą z zachodu, która jako jedyna była w tak bliskim kontakcie z dyktatorem, mimo to służby amerykańskie nie potraktowały tego jako coś istotnego. Przeciwnie stał się obiektem żartów, Wojciech Cejrowski sam też o tym wspominał w programie „Minęła 20” u red. Rachonia.
Wracając do samego spotkania: duża ilość osób tzw. komentatorów i innego typu osób będących w przestrzeni publicznej obraziła się na prezydenta Trump’a. Powodem tego miało być podanie dłoni i mówienie pozytywów o krwawym dyktatorze. Problem w tym, że wiele tych osób nie uczestniczy w dyplomacji na co dzień, nie mówiąc tu o dyplomacji na takim poziomie. Myślę, że Trump jak mało kto zdaje sobie spraw z kim się spotkał. Przecież wcześniej załatwił zwolnienie 3 więźniów politycznych, na których czekał i na pewno z nimi rozmawiał o ich pobycie w tym „kurorcie”. Donald Trump jest wytrawnym dyplomatą, który jak wcześniej wiadomo prowadził gigantyczne biznesy i to w Nowym Yorku, a nie bazarze w Turcji. Tutaj Prezydent musiał wykazać zimną krew i zachowywać się jak należy. Oczywiście spotykałem się z opiniami, że przecież te spotkanie nic nie wniosło. Owszem wniosło bardzo dużo, parę lat temu mogliśmy o czymś takim pomarzyć. Już nawet nie będę wspominał poprzednika Trump’a, który gdyby spotkał się z Kim’em to media by z niego zrobiły mesjasza, nie mówiąc o liberalnych mediach. Ale to spotkanie było pierwsze, tak jak kiedyś pierwszy raz spotkał się Reagan z Gorbaczowem, tam tez na pierwszym spotkaniu nic się nie urodziło. Zawsze najcięższy jest pierwszy krok, a ten tutaj został zrobiony i jest milowy. Teraz tylko możemy wyczekiwać kolejnego spotkania. Są deklaracje. Teraz czekamy na działania.
https://amarcinpowiedzial.wordpress.com
Marcin Bakalarski