Marsz liberalnej demokracji i populizmu przeciwko Marie Le Pen
Jutro pierwsza tura wyborów we Francji. Czy będziemy świadkami zwycięstwa w populizmu, ksenofobii i reakcjonizmu społecznego w kolejnym kraju? Czy też widmo Frontu Narodowego i nazwiska Le Pen zadziała jednocząco na elektorat progresywny, tak jak to miało miejsce w 2002, kiedy w drugiej turze wyborów prezydenckich Jacques Chirac pokonał Jeana-Marie Le Pena, ojca obecnej liderki Frontu Narodowego, uzyskując ponad 82% głosów?
To pytanie zadają sobie chyba wszyscy: od zwolenników samej Marine Le Pen po adeptów skrajnie lewicowych propozycji Jeana-Luca Mélenchona. Sondaże przewidują co prawda jej porażkę w drugiej turze w każdej konfiguracji, ale ryzyko istnieje, zwłaszcza w sytuacji dużej absencji tej części elektoratu, którą zniechęci porażka jej kandydata w pierwszej turze. Po piętnastu latach sytuacja jest jednak zupełnie inna. W 2002 liberalna demokracja wydawała się panaceum na całe zło. Dzisiaj ta teza jawi się jako mniej oczywista, jeśli nie wręcz negowana przez dużą część wyborców. Wynik wyborów ma też ogromne znaczenie dla przyszłości Polski, Unii Europejskiej, a może i dla świata. Idąca łeb w łeb czwórka kandydatów ma bowiem skrajnie różne wizje polityki zagranicznej zarówno w kwestiach europejskich, jak i stosunku do Trumpa i Putina…
Zdzisław Leśniak, democracyok.org, rp.pl