Wotum (nie)ufności
Piątkowe (7 kwietnia) głosowanie o wotum nieufności dla rządu Beaty Szydło zaczęło mnie utwierdzać w przekonaniu o braku skuteczności rozwiązań stosowanych w demokracji parlamentarnej. Tylko ktoś naiwny mógł myśleć, że projekt złożony przez parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej ma szansę powodzenia. Cała ta „zabawa” kosztowała Polaków około miliona złotych. Oczywiście nie muszę chyba przypominać, że wniosek został odrzucony. W obecnej kadencji Sejmu, PiS razem z koalicjantami z Solidarnej Polski i Polski Razem ma aktualnie 234 posłów. Ta większość pozwala jej uniknąć zawierania kompromisów z koalicjantami, komplikującymi pracę. Oczywiście nie jest to większość konstytucyjna, ale mimo tego po raz pierwszy po 1989 roku mamy do czynienia z sytuacją, w której rządzi jedna partia. Jaki z tego wniosek? Przy okazji tego wszystkiego bardziej nasuwa mi się pytanie dotyczące sensu składania wniosków przez opozycję (przede wszystkim dotyczących wotum nieufności). W obecnym systemie takie projekty kosztują, jednak najczęściej nie mają szansy na aprobatę partii rządzącej przez to idą do kosza (lub do sejmowej zamrażarki). Niedoskonałość demokracji parlamentarnej, w którym opozycja ma rolę komentatora i obserwatora jest widoczna. W tej chwili Sejm ma 460 posłów, a koszty, które generują posłowie są olbrzymie.
Rakiem całego obecnego systemu jest tak naprawdę partiokracja. Problem jest w tym, że posłowie dziś nie głosują sami tak jak chcą, ponieważ mają związane ręce przez dyscyplinę klubową. Zabetonowane układy partyjne, listy wyborcze tworzone przez partyjnych oligarchów, utrudniają możliwości wielu obywateli, którzy chcieliby zaistnieć w polityce.
Ostatnie głosowanie za wotum nieufności tak naprawdę było tylko partyjną walką między PO a PiS, a powinno być indywidualnym głosem każdego posła, który w niezależny sposób winien być wyrażać swój głos na temat pracy rządu. Dopóki do Sejmu wchodzić będzie kilka ugrupowań skutecznie blokując szansę zaistnienia innym, dopóty taki stan będzie trwał dalej.