Równo 14 lat i 7 dni

Równo 14 lat i 7 dni, 168 miesięcy, 731 tygodni, 5120 dni, 122880 godzin, 7372800 minut, 442368000 sekund fani, piłkarze i włodarze Liverpoolu czekali na triumf ich drużyny w Lidze Mistrzów. 1 czerwca na stałe wpisze się do historii The Reds. Po raz szósty w swoich dziejach podnieśli ten najbardziej pożądany puchar w piłce klubowej.
Tego czerwcowego wieczoru oczy całego świata były skierowane na stadion Atletico – Wanda Metropolitano. Do finału jako faworyt przystępował Liverpool, jednak ta edycja Champions League pokazała, że w fazie pucharowej większość faworytów dwumeczu odpadało. Tego fatum obawiali się fani The Reds. Jednak wszelkie wątpliwości minęły w pierwszych sekundach, gdzie w pole karne wpadł Mane i sprytnie nabił rękę Sissoko, a sędzia podyktował jedenastkę. Karny co najmniej wątpliwy i szczególnie w tak ważnym meczu sędzia powinien bardziej partycypować mecz. Piłka odbiła się od ciała, a następnie trafiła w rękę. Na szczęście już nigdy coś takiego nie będzie rzutowało na rzut wolny czy karny, ponieważ od nowego sezonu takie ręki, faule nie będą dyktowane przez arbitrów. Niewątpliwie ta sytuacja wpłynęła na dalsze losy spotkania. Cały nakreślony plan przedmeczowy, założenia taktyczne muszą zostać wrzucone do kosza, a zespół od samego początku jest obciążony bramką, którą muszą odrobić. Liverpool ustawił sobie mecz (poniekąd sędzia) i kolejne minuty przebiegały niczym walka bokserska mistrza z pretendentem – mistrz schowany za gardą, próbujący kontrować, adept przestraszony, wycofany, bojący się zaryzykować, by tylko nie otrzymać kolejnego ciosu. A wiec widowisko niezbyt atrakcyjne dla kibiców. I niestety to spotkanie do końca pierwszej połowy tak przebiegało. Wielu wieściło na mediach społecznościowych, że jest to jeden z najsłabszych finałów w XXI wieku, a na pewno najsłabszy w ostatniej dekadzie. W pierwszych trzech kwadransach Tottenham oddał 2 strzały, a Liverpool 8.
Do finału jako faworyt przystępował Liverpool, jednak ta edycja Champions League pokazała, że w fazie pucharowej większość faworytów dwumeczu odpadało. Tego fatum obawiali się fani The Reds. Jednak wszelkie wątpliwości minęły w pierwszych sekundach, gdzie w pole karne wpadł Mane i sprytnie nabił rękę Sissoko, a sędzia podyktował jedenastkę. Karny co najmniej wątpliwy i szczególnie w tak ważnym meczu sędzia powinien bardziej partycypować mecz. Piłka odbiła się od ciała, a następnie trafiła w rękę. Na szczęście już nigdy coś takiego nie będzie rzutowało na rzut wolny czy karny, ponieważ od nowego sezonu takie ręki, faule nie będą dyktowane przez arbitrów. Niewątpliwie ta sytuacja wpłynęła na dalsze losy spotkania.
Trochę więcej zaczęło dziać się dopiero w 66 minucie, gdy na boisku zameldował się bohater poprzedniej rundy Lucas Moura. Brazylijczyk ożywił poczynania ofensywne swoich kolegów, jednak Tottenham od początku wydaje się, że wyszedł na to spotkanie w 10. Po tygodniach rekonwalescencji od 1 minuty wyszedł najlepszy gracz jak dotąd i gwiazda Harry Kane, jednak takie posunięcie, rzucenie na głęboką wodę tego wybitnego gracza okazało się osłabieniem, a nie wzmocnieniem. Reprezentant Anglii zaprezentował się wręcz fatalnie. Druga część to dominacja Tottenhamu, który zasługiwał na bramkę, a ta wpadła, lecz nie została strzelona przez Koguty, a The Reds. Zdobył go Divock Origi i całkowicie wybił z głowy fanów i piłkarzy Tottenhamu myślenie o pucharze. W drugich 45 minutach Tottenham zagrażał bramce 14 razy, a Liverpool tylko 6, z czego jedynie raz celnie.
Druga część to dominacja Tottenhamu, który zasługiwał na bramkę, a ta wpadła, lecz nie została strzelona przez Koguty, a The Reds. Zdobył go Divock Origi i całkowicie wybił z głowy fanów i piłkarzy Tottenhamu myślenie o pucharze. W drugich 45 minutach Tottenham zagrażał bramce 14 razy, a Liverpool tylko 6, z czego jedynie raz celnie.
Finałowe starcie nie przyniosło wiele emocji, Jurgen Klopp ustawił o dziwo zespół inaczej niż do tego przywykli fani piłki nożnej. Zagrał schematycznie, rozpracował rywala tak jak niego Inter Jose Mourinho FC Porto. Nie było efektownie, lecz efektywnie. Trener Pochetino zdecydowanie źle dobrał taktykę, piłkarzy, jednak mając w kadrze takiego gracza jak Harry Kane, mimo że nie w pełni zdrowego, nie na 100 % gotowego i wystawienie go wiąże siew wielkim ryzykiem, to musisz to zrobić. To gracz, którego nie wolno sadzać na ławce, bo jedną akcją, jednym zagraniem, jedną sytuacją potrafi przesądzić o losach meczu. Liverpool i jego Klopp postawili na zasadę finały się wygrywa, a nie gra.
Tottenham: Hugo Lloris – Kieran Trippier, Toby Alderweireld, Jan Vertonghen, Danny Rose – Moussa Sissoko (74′ Eric Dier), Harry Winks (66′ Lucas Moura) – Dele Alli (82′ Fernando Llorente), Christian Eriksen, Son Hueng-min – Harry Kane.
Trener: Mauricio Pochetino
Liverpool: Alisson Becker – Trent Alexander-Arnold, Joel Matip, Virgil Van Dijk, Andrew Robertson – Jordan Henderson, Fabinho, Georginio Wijnaldum (62′ James Milner) – Mohamed Salah, Roberto Firmino (58′ Divock Origi), Sadio Mane (90′ Joe Gomez).
Trener: Jurgen Klopp
Piotr Chmielewski