USA na zakręcie. Trump zawstydził celebrytów
Wynik wyborów w USA z jednej strony zawstydził wszystkich tych, którzy przewidywali, że nigdy przenigdy Donald Trump nie odniesie ponownego triumfu. Z drugiej strony niektórych przeraził, innych wprawił w euforię. Choć już obserwacja ostatnich miesięcy amerykańskiej polityki była bardzo ciekawym doświadczeniem, to zmiany, które teraz nas czekają, także zapewne przyniosą nie mniej emocji.
Media i celebryci, także ci polityczni, przekonywali nas przez wiele miesięcy, że Donald Trump nie ma szans wygrać ponownie wyborów prezydenckich, tym bardziej po wymianie kandydata Demokratów z urzędującego prezydenta Joe Bidena na Kamalę Haris. Czy można więc nazwać zwycięstwo Trumpa zaskoczeniem? Dla mnie tak nie było. Jednak być może dlatego, że wśród obserwowanych przeze mnie analityków i komentatorów tego, co działo się w USA byli także tacy, którzy entuzjastycznie patrzyli na szanse byłego i jak już wiadomo przyszłego prezydenta USA. Tym bardziej, gdy zaczęły spływać pierwsze dane z tzw. early votingu, tj. głosowania przedterminowego. Z nich miało wynikać, że bardziej zmobilizowani są Republikanie, przeciwnie do poprzednich elekcji.
Media i celebryci, także ci polityczni, przekonywali nas przez wiele miesięcy, że Donald Trump nie ma szans wygrać ponownie wyborów prezydenckich, tym bardziej po wymianie kandydata Demokratów z urzędującego prezydenta Joe Bidena na Kamalę Haris. Czy można więc nazwać zwycięstwo Trumpa zaskoczeniem? Dla mnie tak nie było. Jednak być może dlatego, że wśród obserwowanych przeze mnie analityków i komentatorów tego, co działo się w USA byli także tacy, którzy entuzjastycznie patrzyli na szanse byłego i jak już wiadomo przyszłego prezydenta USA.
W ogóle, z polskiej perspektywy przebieg głosowania w USA może wydawać się nieco dziwaczny. Wybory de facto zamiast w jednym terminie, są rozciągnięte w czasie, ze względu na early voting. Z relacji, jakie spływały z USA wynika, że urny wyborcze to niejednokrotnie były kontenery postawione gdzieś na chodniku. Były również przypadki ich palenia. Nie w każdym stanie było wymagane okazanie dowodu osobistego, żeby móc zagłosować. Weryfikacja odbywa się np. poprzez porównanie podpisu złożonego przy odbieraniu karty wyborczej z tym dostępnym w bazie wyborców. W porównaniu z takimi okolicznościami nasze, polskie standardy wyborcze wydają się być bez porównania bardziej profesjonalne.
Sama etapa, można stwierdzić, miała dwa etapy. Najpierw był to pojedynek dwóch starszych panów, gdzie wyborcy obu z nich wzajemnie przerzucali się zarzutami, który z kandydatów jest bardziej zniedołężniały. Zwrot akcji, jakim była wymiana kandydatur przez Demokratów, w teorii stawiał na przegranej pozycji Donalda Trumpa. Jednak, patrząc na wyniki, można ocenić, że dla Amerykanów nie tylko jeden czynnik, w tym wypadku wiek i oceniany z perspektywy laików stan zdrowia, ma znaczenie. Kamala Harris, choć młodsza od Donalda Trumpa, najwyraźniej została odebrana przez społeczeństwo jako zbyt skrajna.
Zwrot akcji, jakim była wymiana kandydatur przez Demokratów, w teorii stawiał na przegranej pozycji Donalda Trumpa. Jednak, patrząc na wyniki, można ocenić, że dla Amerykanów nie tylko jeden czynnik, w tym wypadku wiek i oceniany z perspektywy laików stan zdrowia, ma znaczenie. Kamala Harris, choć młodsza od Donalda Trumpa, najwyraźniej została odebrana przez społeczeństwo jako zbyt skrajna.
Staram się brać poprawkę na to, że jako osoba o prawicowych poglądach z naturalnych względów automatycznie plasuję się bliżej kandydata Republikanów. Natomiast, gdybym był Amerykaninem i miał decydować w wyborach prezydenckich, to także preferowałbym Donalda Trumpa nad Kamalę Harris. Nie tylko przez jej skrajny światopogląd, ale też fakt, że przecież w ostatnich latach tworzyła rządzący establishment, który Amerykanie obarczają odpowiedzialnością za to, że żyje im się gorzej. Część osób wręcz twierdziła, że kandydatka Demokratów jest niespełna rozumu, o czym miałyby świadczyć jej dziwaczne wypowiedzi, jakie pojawiały się w mediach. Wreszcie zarzuca się jej, że nie prowadziła, w przeciwieństwie do swojego kontrkandydata zbyt aktywnej kampanii, że zamykała się w swojej bańce. Choć takie głosy zacząłem słyszeć dopiero, gdy stało się jasne, że przegrała. Teraz to wszyscy mądrzy. Natomiast, gdy się nad tym zastanawiam, to ja również, gdy obserwowałem amerykańską kampanię wyborczą, częściej dostrzegałem wydarzenia, w które był zamieszany Donald Trump. Chyba to nie przypadek.
Staram się brać poprawkę na to, że jako osoba o prawicowych poglądach z naturalnych względów automatycznie plasuję się bliżej kandydata Republikanów. Natomiast, gdybym był Amerykaninem i miał decydować w wyborach prezydenckich, to także preferowałbym Donalda Trumpa nad Kamalę Harris. Nie tylko przez jej skrajny światopogląd, ale też fakt, że przecież w ostatnich latach tworzyła rządzący establishment, który Amerykanie obarczają odpowiedzialnością za to, że żyje im się gorzej.
Rozpoczęło się odliczanie do powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu. Nowy-stary prezydent USA zaczął też kompletowanie grona swoich współpracowników w nowej administracji. Wiadomo już, że ważną rolę ma w niej pełnić m.in. Elon Musk, który wcześniej mocno włączał się w kampanię wyborczą. Na pewno już początek kadencji zweryfikuje rozmaite zapowiedzi, jakie padały w ostatnich miesiącach. Choćby przeobrażenie amerykańskiego systemu na bardziej przyjazny dla przedsiębiorców, co ma pilotować właśnie wspomniany Musk, czy niemal natychmiastowe zakończenie wojny na Ukrainie.
Paweł Kubala