Uczciwość a upodobania polityczne dziennikarzy. Kolejne starcia słowne dawnych kolegów
Wraz z rozwojem społeczeństwa postmodernistycznego, dziennikarstwo przybrało nowego znaczenia. Od pierwszych „reportażystów”: Tacyta, Herodota, informacji zamieszczanych w Dziennikach Senatu na temat planowanych egzekucji czy rozporządzeń o wyrokach, aż po zyskanie przydomka tzw. czwartej władzy. W taki oto sposób dziennikarstwo ewoluowało na przestrzeni kilku wieków.
Dziś siła mediów jest tak ogromna, iż kształtuje społeczeństwo i politykę. Indoktrynacja w mediach stała się najlepszym, a zarazem prostym sposobem oddziaływania na preferencje polityczne. Takie dziennikarstwo nijak ma się do etyki dziennikarskiej, którą wpaja się na seminariach w czasie studiów, powtarzając ją przyszłym dziennikarzom niczym mantrę. Jak głosi Kodeks Etyki Dziennikarskiej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich „ zadaniem dziennikarzy jest przekazywanie rzetelnych i bezstronnych informacji oraz różno-rodnych opinii, a także umożliwianie udziału w debacie publicznej”. Jak to się ma do rzeczywistości? Niestety, ale trudno znaleźć jakiekolwiek medium bezstronne, pokazujące i przekazujące rzetelnie informacje z wydarzeń politycznych czy społecznych.
Trudno znaleźć jakiekolwiek medium bezstronne, pokazujące i przekazujące rzetelnie informacje z wydarzeń politycznych czy społecznych.
Dodatkowo we wszystkich środkach masowego przekazu można odnaleźć przykłady, które wskazują, że dane medium sympatyzuje (zgodnie z terminologią przyjętą z czasów rewolucji francuskiej) z lewicą lub prawicą. Wystarczy wyszukać wspólny temat i przejrzeć artykuły, które odnoszą się do niego. W jednych mediach “zamachowcy, wykrzykujący „Allah Akbar” tuż przed atakiem terrorystycznym nazywani są rdzennymi mieszkańcami danego kraju, w innych mówi się o islamistach, terrorystach z ISIS. Tak samo rzecz ma się jeśli chodzi o szahidów (terrorysta wysadzający się, oddający życie dla religii). Podobnie jest z informacjami ze sceny politycznej, ukazywania wydarzeń takich jak marsze, pikiety itp. Z jednej strony “nacjonaliści, faszyści, demolujący miasta”, z drugiej “patrioci, demonstrujący swoje przywiązanie do Polski, śpiewających pieśni patriotyczne”. Ma to związek z dezinformacją w mediach.
We wszystkich środkach masowego przekazu można odnaleźć przykłady, które wskazują, że dane medium sympatyzuje z lewicą lub prawicą.
Od momentu wynalezienia prasy drukarskiej metody prezentowania informacji zmieniały się. Jednakże pierwsze metody dezinformacji są owocem magnata prasowego Wiliama Randolpha Hearsta, który uważał, że prawda jest względna i podlega jego własnym interpretacjom. Dlaczego tak się dzieje? Publiczne media są tubą partii rządzącej, tak jak to miało miejsce choćby za czasów PRL, a tym z kapitałem zagranicznym bliżej ku liberalnym partiom. Stąd jedne piszą, publikują treści w sposób przychylny dla pewnej części sceny politycznej, by wytknąć błędy tym, po drugiej stronie.
Publiczne media są tubą partii rządzącej, tak jak to miało miejsce choćby za czasów PRL, a tym z kapitałem zagranicznym bliżej ku liberalnym partiom.
Czy zmieniłaby coś dekoncentracja mediów? To temat tak obszerny i zawiły, a jego plusy oraz minusy pochłonęłyby resztę tekstu. Chcąc nie chcąc, my, dziennikarze, ci piszący dla niewielkich redakcji czy też pracujących dla wielkich korporacji, jesteśmy siłą rzeczy przypisywani do któreś ze stron politycznych. To szufladkowanie sprawia, że w oczach czytelników, nasze teksty, artykuły, materiały są deprecjonowane, uważane za mało wiarygodne, nierzetelne, nieuczciwe. Można iść pod prąd, stać się niejako Tomaszem Judymem na polskiej scenie dziennikarstwa, odpierać ataki, nie ulegać naciskom redaktorów naczelnych lub też starać się iść linią, którą obrało dane medium. Ta pierwsza opcja wiąże się raczej z rozwiązaniem współpracy z redakcją, druga sprawia, że tworzymy artykuły nieprawdziwe, zmanipulowane po to, aby wpisać się w łaski szefa.
My, dziennikarze, ci piszący dla niewielkich redakcji czy też pracujących dla wielkich korporacji, jesteśmy siłą rzeczy przypisywani do któreś ze stron politycznych.
Czasem dochodzi do sytuacji, gdzie następuje rozłam wśród dziennikarzy z jednej opcji politycznej. Warto wspomnieć tu o pięciu dziennikarzy. często określanych jako konserwatywnych. Mowa tu o Łukaszu Warzesze, Rafale Ziemkiewiczu, Pawle Lisickim oraz braciach Karnowskich. Już od kilku lat nasila się konflikt między dziennikarzami. Jedną ze scysji powstała po pamiętnej scenie z młodziutką Marysią Sokołowską, która nazwała Donalda Tuska zdrajcą. Bracia Karnowscy umieścili licealistkę na tzw. czołówce tygodnika, pisząc o niej, że nie jest to zwykła dziewczyna, bo nie każda/każdy byłby/byłaby w stanie nie przyjąć kwiatów od premiera. „Czy gdy twardo potrafiła odmówić przyjęcia kwiatów od Tuska, w sytuacji zapewne silnej presji części otoczenia, gdy pokazała, że potrafi uzasadnić swoje poglądy, że od dawna interesuje się życiem publicznym, nie udowodniła, że jej krzyk protestu jest jednak poważny? Czy nie zasługuje by dać jej głos?”
Jedną ze scysji powstała po pamiętnej scenie z młodziutką Marysią Sokołowską, która nazwała Donalda Tuska zdrajcą. Bracia Karnowscy umieścili licealistkę na tzw. czołówce tygodnika, pisząc o niej, że nie jest to zwykła dziewczyna, bo nie każda/każdy byłby/byłaby w stanie nie przyjąć kwiatów od premiera.
Zupełnie odmienne zdanie miał Łukasz Warzecha, który stwierdził: „Czy naprawdę chcemy, żeby w miejsce profesorów Krasnodębskiego, Thompson, Staniszkis, Zybertowicza z ich błyskotliwymi analizami wskoczyła przypadkowa licealistka, pokrzykująca do premiera Rzeczpospolitej, że jest „zdrajcą”? Rozumiem, że Staniszkis czy Zybertowicz nie są dla wszystkich. Ale kluczem do sukcesu jest przełożenie ich spostrzeżeń i też na język prostszy, lecz przy zachowaniu istoty ich treści, nie zaś epatowanie publiczności prostymi – by nie rzec: prostackimi emocjonalnymi chwytami”. Znany z ostrego języka Rafał Ziemkiewicz napisał, że robienie z licealistki bohaterki ma na celu tylko i wyłącznie walkę o klienta, a dobitnie świadczą o tym wyniki sprzedażowe „Do Rzeczy” i „w Sieci”.
Łukasz Warzecha, który stwierdził: „Czy naprawdę chcemy, żeby w miejsce profesorów Krasnodębskiego, Thompson, Staniszkis, Zybertowicza z ich błyskotliwymi analizami wskoczyła przypadkowa licealistka, pokrzykująca do premiera Rzeczpospolitej, że jest „zdrajcą”?
Na te słowa Paweł Lisicki zareagował w następujący sposób: „Mamy wolność słowa, każdy może publikować co chce i ilustrować to takimi okładkami, jakie uzna za stosowne. Dziwi mnie tylko nieco, że tak łatwo można dzisiaj zostać autorytetem. Czy w polskiej debacie publicznej jest tak źle, że główną rolę odgrywa głos licealistki?”.
Paweł Lisicki: Dziwi mnie nieco, że tak łatwo można dzisiaj zostać autorytetem. Czy w polskiej debacie publicznej jest tak źle, że główną rolę odgrywa głos licealistki?.
Podobnie było z multipleksem dla TV Trwam (tam Ziemkiewicz i Lisicki starli się z Karnowskimi) i podobnie jest dziś w czasie debaty na temat sytuacji w Katalonii lub przy okazji oceny rządów partii Jarosława Kaczyńskiego. Krytyczne (zasadne) uwagi do poczynań rządu Beaty Szydło mają między innymi Łukasz Warzecha i Rafał Ziemkiewicz. Można zauważyć, że obaj wspierają się na portalach społecznościowych, co pokazuje przykład krytyki tekstu Wojciecha Muchy z „Gazety Polskiej Codziennie” przez Łukasza Warzechę. Publicysta „Do Rzeczy” w wymianie zdań m.in. z autorem tekstu i poseł Joanną Lichocką, odniósł się do jej słów, w których to posłanka stwierdziła, że nie warto przejmować się „durniami”. W obronie dziennikarza „Do Rzeczy” stanął Rafał Ziemkiewicz.
Obaj konserwatywni dziennikarze poddali krytyce pomysły rządu dotyczący zakazu handlu w niedzielę, apelowali za pośrednictwem słowa pisanego o veto prezydenta Andrzeja Dudę , czy rozpisywali się o sytuacji z tzw. aferą billboardową, która dotyczy działań obecnego rządu. Konflikt na linii konserwatywni krytycy rządu, a konserwatywni zwolennicy rządu trwa i nie sądzę, by w niedługim czasie dobiegł końca. Padło wiele ostrych słów, których nie da się cofnąć. Nazywanie kogoś NeoMichnikiem, propagandystą, najszkodliwszym publicystą z prawej strony czy też krytyka drugich za to, że nie idą ramię w ramię z partią rządzącą na pewno w tym nie pomoże.
Konflikt na linii konserwatywni krytycy rządu, a konserwatywni zwolennicy rządu trwa i nie sądzę, by w niedługim czasie dobiegł końca. Padło wiele ostrych słów, których nie da się cofnąć.
Powyższe przykłady konfliktów jasno pokazują problem związany z etyką dziennikarską, sumieniem dziennikarza a jego przywiązaniem do barw politycznych. Mimo podobnego kręgosłupa moralnego, to jednak chęć przypodobania się władzy, dążenia ślepo za programem partii, popierając niemal każdą decyzje rządu powoduje rozłam- w tym przypadku między konserwatywnymi dziennikarzami. Trudno zachować etykę dziennikarską czy uczciwie, rzetelnie przedstawiać informacje, gdy przez pióro przechodzą tylko pochlebne komentarze.
Trudno zachować etykę dziennikarską czy uczciwie, rzetelnie przedstawiać informacje, gdy przez pióro przechodzą tylko pochlebne komentarze.
Piotr Chmielewski