ŚWIAT

OD POMOCNIKA DO FINISHERA #1 – Pożegnanie z Polską

Z różnych powodów osobistych, w rekompensacie za “straty duchowe” decyduję się na próbę otrzymania wizy na wyjazd do Ameryki. Do ostatniej chwili nie wiem czy pojadę w rodzinne strony w kieleckie, czy do Nowego Jorku. Od miesiąca czekałem na zlecenie wykonania projektu i modelu gipsowego medalu do Mennicy Państwowej. Otrzymuje je dopiero na dzień przed odlotem – zbyt lubię tę pracę, a więc wykonam ten projekt już na terenie USA.

Niewiadoma czasu pobytu, więc na wszelki wypadek zabieram też ze sobą trochę ulubionych książek z mojej biblioteczki: “Złota Seria” poezji PIW-u, J. Twardowskiego, W. Sedlaka – “Bioelektronikę”, N. Mailera”Na podbój księżyca”, “Graficzne znaki firm świata, zbiór filatelistyczny “Etapy badania kosmosu” i trochę fotografii, żeby powspominać.

Sobota, 23 listopada o godzinie 8 syn Szymon odwozi mnie na Okęcie moim Renaullt Alliance (przywiezionym sobie 5 lat temu z Nowego Jorku). “Eskortują” nas swoim Oplem Janusz z Łukaszem, na lotnisko przybywają Staszek i koledzy. Czekamy, rozmawiamy – mile, ale dla mnie smutne osobiste refleksje. Odprawa bagażu i paszportowa – odlatuję “British Airways” o 9:25. Lądujemy na lotnisko Heathrow pod Londynem, na moim zegarku 12:30, ale tu jest dopiero 11:30. Z terminalu nr 1 idziemy tunelami, korytarzami, ruchomymi chodnikami – to w prawo, to w lewo, skosem, ma różnych poziomach, po 10 minutach czytelne kierunkowskazy doprowadzają naszą grupę do autokaru. Jedziemy cały czas lewym pasem – “pod prąd” – dla mnie, kierowcy – to szok – ale przecież to Anglia! Stewardessa prowadzi nas do terminalu nr 4 – jeszcze raz podręczny bagaż prześwietlany rentgenem. Tu w tych nowoczesnych wnętrzach tranzytowych panuje specyficzny nastrój, wśród kolorowych twarzy i egzotycznych strojów pasażerów. Na monitorach pulsują świetlne nazwy miast całego świata, dokąd z odpowiednich “gate’ów” odprawiani są pasażerowie. Dla tych, którzy czekają po kilka godzin są specjalne krzesła – fotele, niskie do podłożenia aby nogi też odpoczywały.

Sklepy wolnocłowe wabią różnorodnością, formą, połyskiem, kolorem. Przestawiam zegarek na tutejszy czas, a więc na mój odlot do NY, będę czekał godzinę dłużej. Właśnie z tego też powodu mam bilet prawie o połowę tańszy. Mam pod ręką książkę do nauki angielskiego i Sacks’a “Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” o problemach pamięci i uszkodzeń mózgu – neuropsychologii. Znajduję specjalnie wydzielony box, oddzielony od zgiełku przemieszczających się w różnych kierunkach pasażerów. Trochę czytam – usypiam zmęczony przeżyciami i całonocnym pakowaniem się do tego lotu.

U McDonalda konsumuję niesmaczną kanapkę. Powoli, zbyt powoli mija czas, ale jest już “half past five”, idę za wyraźnymi kierunkowskazami do gate nr 9, tu już dużo osób, o 6.15 p.m. (18:15) – odprawa paszportowa. Przez nowe “krecie rękawy” wchodzimy na pokład Boeing’a 747 – zawsze ten sam elegancki strój stewardess – kolorowe bluzki, granatowe spódnice i śmieszna dla mnie, ale oryginalna forma kapeluszy. Szerokość wnętrza pokładu samolotu, jak duża sala audiowizualna: 3 fotele od okna – przejście – 3 po drugiej stronie, tu mam swoje “place, pod oknem, na skrzydle. Obok mnie małżeństwo.

Samolot grzeje silniki. Głośniki i gestykulujące stewardessy witają na pokładzie “British Airways” – pouczenie o zachowaniu się pasażerów w przypadku “wodowania”. Ruszamy – coraz częstszy stukot kół o płytę lotniska i … poderwanie się tego kolosalnego ciężaru pod kątem – już “płyniemy” lekko, gładko w powietrzu. Monotonny szum silników i drżenie podłogi przypominają, że już jesteśmy zdani na łaskę techniki i technologii, która powinna być niezawodna, o czym przekonują się tylko Ci, którzy lądują bezpiecznie.

Po posiłku zabieram na pamiątkę ładnie wyprofilowaną filiżankę z podstawką. Z rozrzewnieniem przypominam sobie semestralny temat na wzornictwie przemysłowym, zadany 33 lata temu przez profesorów Jerzego Soltana i Lubomira Tomaszewskiego pt. “Stanowisko pasażera i bagażu na lotnisku międzynarodowym”. Na pokładzie nie ma kompletu pasażerów – sąsiedzi wybierają sobie inne miejsca, więc wygodnie leżakuję sam na rzech fotelach jak inni – po prostu lecę sypialnym (a miało być gorzej ceny) – jak ptak, gdzieś nad oceanem – zasypiam. Atmosfera ciszy i spokoju – jakiegoś tam sex filmu, wyświetlanego cały czas na ekranie – kończy się. Głośniki – budzą jeszcze zaspanych – no smoking, zapiąć pasy, łomot wysuwanego podwozia to znak, że zbliżamy się już do celu. Po kilkunastu minutach potężne zetknięcie się kolami z płytą lotniska – “Ladies and gentleman – welcome in New York”. Na moim zegarku 2 w nocy, a tu 22, czyli 10 p.m. Będę musiał przestawiać zegarka, a może też moją mentalność, bo w Polsce zostało jeszcze moje serce.

Lotnisko im.Kennedy’ego – wypełnianie druków – miła odprawa paszportowa, na pytania o cel pobytu i czy będę pracował w podekscytowaniu mówię “yes- no! no! no!” . Tysiące rodaków odwiedzających rodziny musi powiedzieć “nie!”, wiedząc że na drug dzień już czeka na nich miejsce pracy. Jak nie lubić tej Ameryki, dzięki której polska wieś drewniana stała się murowana. Życzliwy, wyrozumiały uśmiech ładnej, umundurowanej, czarnoskórej strażniczki i mam w paszporcie pobyt do maja ;97. Przekazuję suwenir – klaserek z moimi autorskimi znaczkami – jest zdziwiona, że nazwisko takie samo jak w paszporcie. To już jednak historia moja i Pani naczelnik Ireny. Jeszcze ofiarowuję rysunek panoramy Nowego Jorku z poprzedniego pobytu – dziękując prosi jednak o autograf i podając mi rękę życzy – “nice stay in America – from Gloria”.

Jeszcze jedno małe sprawdzenie i z taśmociągu z trudem dźwigam moje dwie torby, gdzie wtłoczyłem połowę mojego życia – segregatory z projektami znaczków, znaków, stempli, medali i dokumenty. Może zbyt rozbudowane, aż do 60 kg to moje “portoflio” na coś się przyda? Na lotnisku Okęcie rentgen odczytał to jako “czarną dziurę”, musiałem tłumaczyć co tam jest).

Kieruję się do Exit – przez szybę widzę uśmiechniętą buzię Tonny’ego. Czeka ze swoimi znajomymi “na odebranie” mnie z lotniska. Serdeczne powitanie rozwesela trochę moją duszę. Tu już inna atmosfera, ich krążownikiem jedziemy w kierunku Brooklyn’u, wyglądam przez okna – nie wierzę, że znów tu jestem – nie myślałem, że tak się potoczy mój los. Jedziemy już ulicami ulubionego mi miasta Brooklynu, trzy, cztero- piętrowe domki z zielenią przed każdym, wejście po kilku schodach w stylu angielskim. Toni kupił po 6-cio letnim pobycie tutaj plus spłata kredyt-bank. Poczęstunek, rozmowy do świtu – zupełnie pomieszał mi się czas. “….

Nie wiem gdzie jestem, trwam w odrętwieniu – świadomość w bezruchu tonie” – cytat z mojego zbiorku.
X “sponsorował” mi bilet, ale potem weszło to w rozliczenie.

 

Przed pomnikiem Waszyngtona na Wall Street
Zbigniew Stasik – zdjęcie ze zbiorów prywatnych autora

 

 

Tymczasem już mam swój pokój – pracownię z oknem na ogródek i twistującymi jeszcze przed zimą szpakami, skaczącymi wiewiórkami. Już byłem krwiobiegiem miasta – metrem (20 linii) na Manhattanie.
8.Avenue/42 Street, fantastyczne, nowoczesne, kolorowe drapacze chmur, a na pierwszym planie kilkunastopiętrowe “rudery”, na których widać styl minionej epoki, gzymsy, tympanony, kolumny, zwieńczenia i bonie. Ogromny ruch, żółte samochody – taxi, błękitne – policja, sprawność ciężarówek, które są pełnoprawnym użytkownikiem ulicy – jak to wszystko sprawnie funkcjonuje?!

Już tęsknię za Polską, za bliskimi, których tam zostawiłem.

 

Zbigniew Stasik

Zbigniew Stasik

Nazywam się Zbigniew Stasik. Moim hobby jest znak firmowy zobaczony inaczej (z ang. seen differently). Pasjonuję się również tematem podboju kosmosu uwidocznionym na znaczkach pocztowych. Moje osiągnięcia to: zaprojektowanie kilkunastu serii znaczków pocztowych, kilkunastu medali oraz wykonanie loga Giełdy Papierów Wartościowych (GPW) w 1993 roku oraz American Airlines w 1992 roku. Przez dziesięć lat smakowałem życia za Oceanem, gdzie pracowałem i spełniałem swoje marzenia. Jakie? Dowiecie się o tym śledząc regularnie dwa magazyny: "Kronika emigranta" oraz "Od wzornictwa do znaku czyli jak sprostałem wyzwaniom".


error: Zawartość jest chroniona!!